Sypialniany pop Jay Som

Jeszcze do niedawna, kiedy ktoś pisał i nagrywał piosenki w sypialni do szuflady, w większości przypadków w tej szufladzie zostawały, ewentualnie poznawało je niewielkie grono znajomych. Dzisiaj, dzięki technologi cyfrowej i Internetowi, nie tylko takie nagrania mogą z łatwością trafić w kilka minut na drugi koniec świata, ale również domowe studio wcale nie oznacza nagrania w złej jakości.

Historia Meliny Duterte, lepiej znanej jako Jay Som, to już standard muzycznego self-made sukcesu ostatnich lat; artystka najpierw wrzuciła kilka utworów demo na swój profil na Bandcamp’ie, a kiedy zyskała uznanie wśród społeczności internetowej, odezwały się do niej wytwórnie płytowe z propozycją wydania ich w dopieszczonej i profesjonalnej wersji, która ostatecznie zaistniała jako album Turn Into.

Ja w sieci zupełnie przypadkiem trafiłam na najnowszy, drugi album Jay, zatytułowany Everybody Works i muszę przyznać, że nie od początku potraktowałam go z należytym szacunkiem. Ot, kolejny dream pop nagrany w sypialni, świetna „muzyka w tle” przy pracy czy do tramwaju. Dopiero z czasem dotarły do mnie ciekawe niuanse tego albumu, jego dopracowanie i spora różnorodność utworów, przy jednoczesnej spójności całego wydawnictwa. Znajdziemy na nim i folk, i trochę cięższych, shoegaze-owych gitar, i trochę funku – innymi słowy, dla każdego coś miłego, w dodatku o poziomie złożoności, który sprawia że bardzo trudno uwierzyć, że mamy do czynienia z solowym projektem.

Album jest w całości dostępny do posłuchania online – kilka razy, potem Bandcamp prosi, żeby otworzyć serce i portfel. Sama tak zrobiłam i polecam bardzo, bo Everybody Works to jedna z tych płyt, która zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem. M.

Fursy Teyssier & Les Discrets

Fursy Teyssier to nie człowiek, a całe przedsięwzięcie. Ten utalentowany Francuz, jest jednocześnie ilustratorem, reżyserem, muzykiem i twórcą animacji. Współpracuje z wieloma zespołami (m.in. The American Dollar,  Alcest czy znakomite Amesoeurs), służąc wkładem nie tylko muzycznym, ale również użyczając innych talentów i opracowując całe decorum, styl. Jak sam artysta pisze jego muzyka, obrazy, teskty są głównie poświęcone Naturze, uczuciu Miłości i strachu przed Śmiercią. Brzmi patetycznie, ale na szczęście takie nie jest.

Les Discrets to jedno z przedsięwzięć Teyssier’a, założony w 2003 projekt muzyczno – artystyczny, gdzie  muzyka pomaga w tworzeniu obrazów, obrazy pomagają tworzyć muzykę. Obecnie w skład zespołu wchodzą również muzycy Winterhalter i Audrey Hadorn. Przez długi czas artysta oficjalnie nie wydawał żadnego nagrania, ale wreszcie, niedawno, Les Dicrets podpisało kontrakt z niemiecką wytwórnią Prophecy Productions i już pod koniec marca planowana jest premiera pierwszego albumu zatytułowanego „Septembre et ses dernières pensées” (nie znam francuskiego, ale Internet mówi, że to znaczy Wrzesień i jego ostatnie myśli. Proszę mnie poprawić jeśli się mylę). Osobiście nie mogę się doczekać. Muzyka Les Discrets jest jednocześnie melancholijna i ostra, słodka i mroczna. Szczerze mówiąc rzadko mam ochotę na ten rodzaj muzyki, ale tym razem nie mogłam przejść/przesłuchać/przejrzeć obojętnie obok. M.

Piękny, króciutki film animowany, autorstwa Teyssier’a, zatytułowany Tir na nÓg czyli z Irlandzkiego – Kraina Wiecznej Młodości:


(muzyka: The American Dollar. Na marginesie chcę dodać, że zespół ten wystąpi w Poznaniu, 27.04., Klub pod Minogą)

The Raveonettes – z okazji albumu „In and Out of Control”

Z okazji, ponieważ „najnowszy” album zespołu The Raveonettes został wydany ‚dawno temu’ – 6 października 2009 –  jednakże w całości miałam przyjemność wysłuchać go dopiero kilka dni temu. A że duet The Raveonettes znam, słucham, lubię już od zamierzchłych czasów liceum (stąd pewien brak obiektywizmu, ale nie o niego wszakże chodzi jak się człowiek na blogu uzewnętrznia) szybciutko korzystam, aby o zespole tym szerzej opowiedzieć/przypomnieć.

The Raveonettes to w zasadzie (bez osób dochodzących) duński duet (2001 – oby jak najdłużej), w którego skład wchodzą pan Sune Rose Wagner i pani Sharin Foo. Ich muzyka klasyfikowana jest jako alternative rock, indie rock, shoe gaze, noise pop, surf rock, garage rock… – a wiadomo, że jak ktoś dostaje tyle łatek gatunkowych, to nikt tak do końca nie wie gdzie taką muzykę wpasować. Najlepiej w tym wypadku opisuje swoją muzykę sam zespół: „naszą muzykę charkteryzuje harmonia dwu-głosowego wokalu (zainspirowana przez The Everly Brothers), połączonego z ostrym brzmieniem elektrycznych gitar oraz nałożoną na to sporą dawką hałasu. Nasze utwory to zestawienie strukturalnej i akordowej prostoty rocka lat 50-tych i 60-tych z intensywną elektryczną instrumentacją. Dodatkowo beat’y i (często) mroczne teksty inspirowane są twórczością The Velvet Underground„. Może to ciut obszerny opis, ale chyba najlepiej oddaje muzyczny charakter The Raveonettes (na marginesie nazwa pochodzi od zespołu The Ronettes i tytułu utworu Buddy Holly-ego „Rave On”).

Ich czwarty album „In and Out of Control” przez wszystkie źródła, z których my maluczcy czerpiemy nasze sprzedawane dalej opinie, uznany został za „zachowujący poziom”, „nie marnujący nadzieji pokładanej w zespole”, itp… Co do listy hiciorów na owym albumie, również wszyscy się zgadzają, więc ja już nie będę się powtarzać. Jedyne co mnie zdziwiło we wszystkich podsumowaniach na temat Duńczyków, to zarzuty w stosunku do albumu z 2005  – „Pretty in Black” – że popowy, że w stronę chwilowej mody zboczyli… No proszę Państwa, jak to, to muzyka trochę bardziej melodyjna i już z chłamem do czynienia mamy, populizmem, i w ogóle alter-głębi się wykrzeli!? Bez przesadyzmu. Osobiście „Love in a Trashcan” uwielbiam, i jakoś się głupsza przez to nie czuję, ale oczywiście co kto woli… No, troszkę się rozpisałam, ale o starych miłościach wypada. M.

„Gone Forever” – kawełek z nowego albumu, przez wszystkich (łącznie ze skromną moi) uznany za najlepszy:

Oraz powalający teledyskiem i tekstem, ironicznie słodki utwór pt. „Boys Who Rape” (Chłopcy Którzy Gwałcą):

No i moje dwa ukochane utwory, „Love in a Trashcan” i „Beat City”: