Graffiti Island

Graffiti Island to jeden z tych efemerycznych, garażowych zespołów, które zniknęły tak szybko jak się pojawiły, zostawiając po sobie kilka singli, jedną EPkę i wielki niedosyt. W latach 2008-2010 trójka przyjaciół ze wschodniego Londynu – gitarzysta Conan Roberts, perkusistka Cherise Payne i frontman Pete Dee – udowodniła światu, że można nagrać coś takiego jak noisowy, no-fi pop.

Hi-fi to skrót od high fidelity oznaczający nagranie o wysokiej wierności oryginałowi. Analogicznie lo-fi to low fidelity, czyli niska wierność, oznacza muzykę nagraną celowo w niskiej jakości, najczęściej w celu uzyskania „brudnego” dźwięku, a czasem po prostu z braku kasy na nagranie. No-fi to żadna wierność, totalny nihilizm, typ nagrania balansujący na granicy „czy to w ogóle powinno nazywać się muzyką?”. To powrót do prawdziwie punkowej zasady zrób-to-sam.

Muzyka Graffiti Island to jedyne w swoim rodzaju, krótkie, melodyjne, brudne utwory, stylistyką przypominające muzykę The Stooges czy Beat Happening. A zresztą co ja Wam będę opowiadać, posłuchajcie sami. M.

Graffiti Island – Mountain Man

Graffiti Island – Head Hunters

Graffiti Island – Demonic Cat

Graffiti Island – Perverse Savage
Reklamy

Caribou (made-my-day-song): Odessa

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam początek utworu Odessa pomyślałam: nieeeeeee… Aż tu nagle, z nienacka, zorientowałam się, że słucham dalej. Skończyło się na radosnym i pokracznym (takie są najlepsze) tańcu, gdzieś pomiędzy bałaganem mojego pokoju.

Wielką fanką całej twórczości Caribou nie jestem, więc Państwo pozwolą, że tylko podstawowe informacje: Daniel Snaith, obecnie tworzący pod nazwą Caribou, do 2004 r. występował jako Manitoba, ale frontman zespołu The Dictators – Richard „Handsome Dick” Manitoba, zaskarżył go o plagiat (co sam Snaith skomentował: „to tak jakby The Smiths pozwali jakiegoś John’a Smith’a”). Oryginalnie z Kanady, obecnie zamieszkały w Londynie, Caribou posiada doktorat z matematyki i zajmuje się tworzeniem muzyki, jak Państwo widzą, electro zmiksowanej ze wszystkim. Muzyką tworzy głównie sam, niemniej daje również koncerty live z zespołem (wtedy przeważnie gra na perkusji). 16 kwietnia br. ukaże się jego nowa płyta „Swim”, dla której singlem promującym jest własnie Odessa. I teraz uwaga najlepsza wiadomość – ten właśnie kawełek, jako promujący, jest do ściągnięcia za darmo, m.in. na portalu Stereogum. Polecam załadować na prywatne grajotka, zwłaszcza że wiosna w końcu idzie i przyda się trochę skocznej muzyki na rozruszanie. M.

The Raveonettes – z okazji albumu „In and Out of Control”

Z okazji, ponieważ „najnowszy” album zespołu The Raveonettes został wydany ‚dawno temu’ – 6 października 2009 –  jednakże w całości miałam przyjemność wysłuchać go dopiero kilka dni temu. A że duet The Raveonettes znam, słucham, lubię już od zamierzchłych czasów liceum (stąd pewien brak obiektywizmu, ale nie o niego wszakże chodzi jak się człowiek na blogu uzewnętrznia) szybciutko korzystam, aby o zespole tym szerzej opowiedzieć/przypomnieć.

The Raveonettes to w zasadzie (bez osób dochodzących) duński duet (2001 – oby jak najdłużej), w którego skład wchodzą pan Sune Rose Wagner i pani Sharin Foo. Ich muzyka klasyfikowana jest jako alternative rock, indie rock, shoe gaze, noise pop, surf rock, garage rock… – a wiadomo, że jak ktoś dostaje tyle łatek gatunkowych, to nikt tak do końca nie wie gdzie taką muzykę wpasować. Najlepiej w tym wypadku opisuje swoją muzykę sam zespół: „naszą muzykę charkteryzuje harmonia dwu-głosowego wokalu (zainspirowana przez The Everly Brothers), połączonego z ostrym brzmieniem elektrycznych gitar oraz nałożoną na to sporą dawką hałasu. Nasze utwory to zestawienie strukturalnej i akordowej prostoty rocka lat 50-tych i 60-tych z intensywną elektryczną instrumentacją. Dodatkowo beat’y i (często) mroczne teksty inspirowane są twórczością The Velvet Underground„. Może to ciut obszerny opis, ale chyba najlepiej oddaje muzyczny charakter The Raveonettes (na marginesie nazwa pochodzi od zespołu The Ronettes i tytułu utworu Buddy Holly-ego „Rave On”).

Ich czwarty album „In and Out of Control” przez wszystkie źródła, z których my maluczcy czerpiemy nasze sprzedawane dalej opinie, uznany został za „zachowujący poziom”, „nie marnujący nadzieji pokładanej w zespole”, itp… Co do listy hiciorów na owym albumie, również wszyscy się zgadzają, więc ja już nie będę się powtarzać. Jedyne co mnie zdziwiło we wszystkich podsumowaniach na temat Duńczyków, to zarzuty w stosunku do albumu z 2005  – „Pretty in Black” – że popowy, że w stronę chwilowej mody zboczyli… No proszę Państwa, jak to, to muzyka trochę bardziej melodyjna i już z chłamem do czynienia mamy, populizmem, i w ogóle alter-głębi się wykrzeli!? Bez przesadyzmu. Osobiście „Love in a Trashcan” uwielbiam, i jakoś się głupsza przez to nie czuję, ale oczywiście co kto woli… No, troszkę się rozpisałam, ale o starych miłościach wypada. M.

„Gone Forever” – kawełek z nowego albumu, przez wszystkich (łącznie ze skromną moi) uznany za najlepszy:

Oraz powalający teledyskiem i tekstem, ironicznie słodki utwór pt. „Boys Who Rape” (Chłopcy Którzy Gwałcą):

No i moje dwa ukochane utwory, „Love in a Trashcan” i „Beat City”: