Fiołkowe palmy czyli recenzja „180” Palma Violets

Palma Violets to 4 osobowy zespół z Londynu, którego podstawę stanowią przyjaciele Alexander „Chilli” Jesson (gitara basowa/wokal) i Sam Fryer (gitara/wokal). Towarzyszy im dwóch kumpli ze szkoły, Peter Mayhew (klawisze) i Will Doyle (perkusja). W 2010 spotkali się wszyscy na The Reading Festival, gdzie rozczarowani „ofertą” muzyczną współczesnych kapeli postanowili sami założyć zespół (co swoją drogą jest postawą godną pochwały, w końcu mogli poprzestać na narzekaniu). Po dość żmudnych początkach, w 2012 r. ich styl wreszcie zaczął nabierać kształtu, na co złożyły się między innymi sesje w muzycznym „Studio 180” (stąd tytuł płyty). Studio 180 to dom w centralnej dzielnicy Londynu – Lambeth, przerobiony na pracownie muzyczno – artystyczne. To właśnie przez coraz większe tłumy nawiedzające studio, żeby posłuchać Palma Violets, zespół został wyłapany przez muzycznych managerów, choć nie posiadał jeszcze ani jednego nagrania. Po podpisaniu kontraktu ze słynną wytwórnią Rough Trade, sprawy potoczyły się bardzo szybko – zespół wypuścił dwa single: „Best Friends” i „Last of the Summer Wine”,  dostał nominację BBC jako jedna z najlepiej zapowiadających się gwiazd 2013 r. i wygrał nagrodę NME dla najlepszego nowego zespołu. W lutym 2013 ukazał się ich pierwszy album „180”.

To tyle tytułem wstępu. Przejdźmy do albumu. Chłopaki grają garażowego rocka, z małą domieszką psychodelii i lekką skłonnością do punkowego darcia mordy, będącego bardziej hałasem niż śpiewem.  Ci którzy zachwycają się zespołem podkreślają jego energię i świeżość, zwracają uwagę na melodyczność muzyki i głos Sam Freyer’a, z czym trudno się nie zgodzić. Ci którzy krytykują zespół zwracają uwagę na fakt, że w zasadzie chłopaki nie prezentują nic nowego, a liczba zespołów, do których są porównywani świadczy o prawidłowości tych spostrzeżeń. (Wygrywa porównanie z The Libertines – ta sama wytwórnia, styl muzyczny, Londyn i w dodatku dwóch najlepszych kumpli jako podstawa zespołu).

Niby nic nowego, niby nic aż tak specjalnego, a jednak od jakiegoś czasu album leci w moich słuchawkach w kółko. Utwory są świeże, młodzieńczo naiwne, a świat w nich kręci się wokół ‚mnie, kilku moich kumpli i paru starych miejsc’ (to nie cytat, to cały podgatunek prezentowany przez zespoły garażowej młodzieży). Z jednej strony słychać, że jest jeszcze dużo miejsca do poprawy, z drugiej strony łatwo o tym zapomnieć słysząc głęboki głos wokalisty, który jest ciepły, mocny i sprawia, że całość ma bardzo pozytywny wydźwięk. Mam również wrażenie, że o albumie można zdecydowanie powiedzieć, że jest ‚brytyjski’ – nie wiem jak to wytłumaczyć, chyba chodzi o specyficzne, lekkie podszycie melancholią. Moim osobistym faworytem jest ostatni utwór z płyty „14”, będący lekko pijacką balladą do autobusu o tym numerze, który zabiera chłopców do domu, przez noc, w domyśle raczej po ciężkiej imprezie, niż pracy.

Teksty jak można się domyślać nie są wysokich lotów, i choć ogólnie Palma Violets bardzo starają się złamać schemat zwrotka/refren, nie sposób się nie zastanawiać czy zespół nie został wywindowany na szczyty zanim zdążył dobrze się rozwinąć. Można tylko mieć nadzieję, że poradzą sobie ze statusem „the next best thing”, świadomie rozwiną swój styl i nie skończą jak The Libertines. Jak dla mnie solidne 7,5/10. M.

Japandroids – 28/01/2010, Eskulap, Poznań

Z tego całego podekscytowania nawet o aparacie nie pomyślałam, idiotka. Mocne posanowienie poprawy.

O Japandroids sporo trąbiono (nawet w „Machinie” o nich napisali), także tylko skrótowo – Panowie wydali w sierpniu 2009 pierwszy album „Post-Nothing”, który zebrał pochlebne recenzje, (m.in. na Pitchfork.com – kiedyś o tych wszystkich najsłynniejszych portalach napiszę), wieść poszła w internet, zaszumiało o nich, i w ten sposób choć to duet kanadyjski – zawitali aż do Polski. Muzyka definiowana jako garażowa, noise-pop, post-punk. Z tego wszystkiego chyba to pierwsze określenie pasuje najlepiej – a że słabość mam do chłopców z ciemnych garaży to oczywiście poleciałam.

Jak wszyscy zapewniali, dwójka panów faktycznie robi show za pięciu. Podobno chcieli uniknąć instytucji wokalisty-lidera, więc jeden gra na gitarze, drugi na perkusji, śpiewają obaj. Sam koncert rewelacja, choć ciut za głośno (w małej sali był) i aż żal, bo sala w szwach nie pękała, a oni przecież z daleka przyjechali, wypadałoby. 

Ogółem muzycznie to żadna innowacja, ale świeże to i bardzo energetyczne. Przydaje się zimą. Jak ktoś za taką muzyką nie przepada to i tak polecam jako tło podczas ciężkiego odgruzowywania pokoju na przykład. M.