Garść muzycznych niusów

Ach, nie ma jak jesień. Artyści nagrali nowy materiał zimą, przetestowali go wiosną, zagrali na żywo latem podczas festiwali, także teraz czeka nas pełno nowych wydawnictw, projektów i wydarzeń specjalnych.

Anna Calvi na przykład, wydała już dwa single ze swojego nadchodzącego krążka, którego premiera już za tydzień!

The National ledwo wydali album, a już realizują mnóstwo innych projektów. Po pierwsze zespół pojawi się w kolejnym odcinku serialu komediowego „The Mindy Project” – panowie podobno są zagorzałymi fanami tego programu:

.

Po drugie nagrali utwór na ścieżkę dźwiękową drugiej części ekranizacji „Igrzysk śmierci: W pierścieniu ognia”. Utwór oryginalnie zatytułowany był „Dying is easy” (ang. umieranie jest proste), ale producenci filmu stwierdzili, że jest ‚za mroczne’, co Matt Berninger przytomnie skomentował, że przecież „Igrzyska śmierci” są o zabijaniu dzieci, a chyba niewiele jest bardziej mroczniejszych rzeczy niż dzieciobójstwo. Utwór koniec końców zatytułowany został „Lean” co może znaczyć ‚pochylać się’, ‚opierać się (na kimś)’ lub ‚chudy, kiepski’. O które znaczenie chodzi jeszcze niestety nie wiem, bo soundtrack będzie miał premierę dopiero 19 listopada.

Poza tym Matt Beringer wystąpił na drugiej części soundtracku z serialu „Boardwalk Empire”:

A następny projekt jaki planują The National to album z coverami zespołu Greatful Dead, który będzie nagrany wraz z tłumem innych artystów (m.in. Vampire Weekend, Kurt Vile czy Bon Iver), i z którego dochód zostanie przekazany organizacji Red Hot, zajmującej się rozpowszechnianiem wiedzy nt. AIDS.

Były basista Nirvany, Krist Novoselic potwierdził, że pojawi się na jednym z nowych utworów, które Modest Mouse nagrywają na poczet nowego wydawnictwa. Modest Mouse odwołali w tym roku całą trasę koncertową po Europie (czym złamali mi serce, bo mieli po raz pierwszy pojawić się w PL), żeby skupić się nad nagrywaniem nowego albumu właśnie – ostatni wydali 4 lata temu, także najwyższy czas. W międzyczasie na paru koncertach faktycznie zagrali kilka nowych utworów, także jest nadzieja:

Sky Ferreria, o której pisałam dawno temu, i która tak jak przewidywałam zyskała dość spory rozgłos, niestety nie poszła w cięższą muzykę, tylko zajęła się produkcjami bardziej popowymi – pocieszam się, że przynajmniej będzie do czego tańczyć. Co prawda pierwszego long-playa się jeszcze nie doczekaliśmy, ale podobno premiera już niedługo:

Aha, no i mam nadzieję pamiętaliście o London Grammar, którzy wydali debiutancki album „If you wait” 10 września 2013?

 OK, z niusów na dzisiaj to tyle. Miłego, jesiennego wieczoru życzę. M.

Reklamy

Biografia Modest Mouse – A Pretty Bad Read

Przeglądając jedną z moich ulubionych internetowych księgarni z książkami anglojęzycznymi, wpisując na chybił trafił frazy, które mnie interesują, natrafiłam na nieautoryzowaną biografię Modest Mouse. Jako zagorzała wyznawczyni (tak, poziom wyżej niż wielbicielka) zespołu, nawet nie szukając żadnych recenzji, co by się zorientować na temat jakości pozycji, niezwłocznie dzieło zamówiłam. Książka co prawda nie jest żadną świeżynką, bo wydana została w 2006, ale nie znalazłam żadnych recenzji po polsku, także pozwólcie, że i tak wam to dzieło przybliżę. I wytłumaczę dlaczego nie warto go czytać.

Autorem „Modest Mouse: A pretty good read” jest Alan Goldsher, pisarz i muzyk, a tytuł 767681to oczywiście fragment utworu „Bukowski„. Zdając sobie sprawę, że poza naprawdę wybitnymi pozycjami, większość biografii muzycznych  jest przeznaczona dla fanów, ta pozycja nawet dla fanów może być ciężkostrawna, a już na pewno – nieobowiązkowa.

Umówmy się od razu – pozycja jest po angielsku, także pomimo dobrej znajomości tego języka, wciąż miewam problemy z niuansami stylu literackiego, no i jakby co to zawsze mogę się skupić na nowych słówkach, i przebrnąć przez każdą pozycję w celach informacyjnych. Pierwszą wadą  „A pretty good read” jest więc dla mnie zdumiewająca ilość wiadomości na temat autora,  zamiast obiektu biografii. Powodem nie może być przecież fakt, że Alan Goldsher jest jakoś ściśle powiązany z zespołem – wręcz przeciwnie, żaden z założycieli i głównych członków zespołu nie udzielił Goldsherowi żadnych wywiadów czy nawet pojedynczych wypowiedzi/informacji (wada książki nr 2). Powodem nie może być również, że Goldsher jest interesujący sam w sobie – basista, który milion lat temu grał w jakimś zespole, o którym nikt nigdy nie słyszał.

Biografia opiera się więc w całości na researchu jaki zrobił autor, z czego wynika praktyczne całkowite skupienie wydawnictwa na liderze zespołu, bo to zazwyczaj Brock właśnie pozostaje w świetle jupiterów. Teoretycznie pozbieranie informacji i zebranie ich do kupy w chronologicznym porządku jest podstawą pisania biografii, ale dzisiaj, w dobie internetu, książka Goldshera prezentuje się jak wpis na wikipedii + parę anegdotek i mnóstwo refleksji własnych. Autor przedstawia analizy (własne) dosłownie każdego utworu po kolei, ze wszystkich albumów (do „Good News For People Who Loves Bad News”, bo wtedy książka została wydana), co jest względnie przyjemne dla fanów (bo jest pretekst do przesłuchania całej dyskografii po raz kolejny), ale nie wyobrażam sobie, żeby ktokolwiek inny przez to przebrnął… Nie dość tego, wszystkie anegdoty zebrane w książce można znaleźć wpisując ‚Modest Mouse’ w wyszukiwarce, czy zaglądając na Wikipedię. Jedyne dwie nowe dla mnie informacje, o które poszerzyłam swoją wiedzę na temat, nawet nie zespołu, a samego Brocka to:

1. Pracując nad albumem „The Moon and The Antarctica” Brock był pod dużym wrażaniem książki „Krwawy Południk” Cormaca McCarthy’iego

2. Po pijaku zrobił sobie tatuaż na nadgarstku „LIFE IS STILL SWEET” (‚życie jest wciąż słodkie’) jako swoiste przypomnienie na gorsze czasy.

Podsumowując – oszczędźcie czas i kasę, kupcie za nią nowy album, który być może w końcu wyjdzie w tym roku, a jak chcecie dowiedzieć się czegoś więcej o Modest Mouse to zapraszam do obejrzenia filmu zrealizowanego przez Pitchfork, o którym pisałam tutaj.

Rozczarowana M.

PS. OK, no może jeszcze impuls do zanurzenia się w początkach muzyki Modest Mouse można uznać za jakąś zaletę książki, ale i to bez przesady, taki impuls nie trudno we mnie wywołać. Poniżej rewelacyjna kolaboracja z zespołem 764-hero, w postaci 14 minutowego singla „Whenever You See Fit” z 1998 r.

Skromna mysz udokumentowana czyli 15 rocznica „Lonesome Crowdest West” by Modest Mouse

Kwestia zespołu Modest Mouse w Polsce jest bardzo radykalna; albo znasz i wiesz prawie wszystko, albo nigdy nie słyszałeś/aś. Fenomen jakiś, zwłaszcza, że chłopaki grają prawie od 20 lat, i w Stanach wielkością są porównywani do Pearl Jam. I choć z czasem ich muzyka stała (staje) się mniej zadziorna i ciut bardziej mainstreamowa (czyt. ładniejsza, czyt. łatwiejsza), dalej ich twórczość nie spada poniżej poziomu, o którym inni mogą tylko pomarzyć. Ich albumy i single były wielokrotnie nagradzane, pozajmowały wysokie miejsca na różnych, ważnych listach „wszech-„, Johnny Marr z The Smiths z nimi grał, utalentowany i tragicznie zmarły Heath Ledger wyreżyserował im teledysk, i ogólnie jeśli jakimś cudem jeszcze nie mieliście okazji to się z ich twórczością zapoznajcie.

A piszę, bo z okazji 15 rocznicy wydania jednego z najlepszych albumów nagranych przez skromnisi, „The Lonesome Crowded West” (tłum. Samotny Zatłoczony Zachód), portal Pitchfork zrealizował 45 min film dokumentarny, będący retrospekcją na temat powstawania tego albumu i początków zespołu w ogóle. Film, niestety tylko w wersji po angielsku, wart jest polecenia nie tylko fanom Modest Mouse, ale również muzykofilom w ogóle. W bardzo zgrabny sposób, posuwając się praktycznie piosenka po piosence, pokazano jak rodzi się album, jak to było być początkującym zespołem 20 lat temu (bez Internetu, MySpace, mp3, Facebooka), a także jak wyglądała scena muzyczna w post-grundge’owym Seattle pod koniec lat 90-tych.

Jeśli ktoś jednak jest fanem Modest Mouse, film jest pozycją obowiązkową. Fotografie zespołu z pierwszych tras po Stanach, fragmenty nagrań koncertów, wypowiedzi kolegów-muzyków, dowcipy wokalisty Isaaca Brocka (np. na temat swojej niechęci do śpiewania bez gitary w ręku – ‚to już wolałbym śpiewać bez spodni‚). Samego albumu „Lonesome…” na pewno fanom polecać nie trzeba. Zwłaszcza, że całość (tu w sumie polecam jeszcze-nie-fanom) jest zwyczajnie genialna, nie tylko muzycznie, ale i na poziomie tekstów – mrocznych, cynicznych i niestety proroczych. Brock, mimo swojego młodego wieku (rocznik 75), już wtedy widział postępujące ‚zabudowywanie całej Ameryki’, które w starym Dzikim Zachodzie, wdziało tylko kapitał i przyszłych konsumentów powstających jeden za drugim marketów. Paranoją, która uderzała wtedy po oczach (a która powoli, choć na mniejszą skalę, ma miejsce w Polsce) było budowanie nowych marketów, nawet gdy obok stały całkiem nowe centra handlowe, które już zdążyły splajtować. Wokalista w wywiadzie słowo-tworzy nawet określenie na ten proces, mówi, że Ameryka została ‚mall-fucked‚ (mall=market, fucked pewnie wszyscy rozumieją). Zresztą tym skupieniem, na temacie Stanów i amerykańskich bolączek, wokalista tłumaczy sobie małą popularność tego albumu w Europie. „Albo może po prostu nie chcieli, żeby jakiś sepleniący facet z amerykańskim akcentem wrzeszczał na nich„.

Ja tam lubię jak na mnie Myszy wrzeszczą.

Film można zobaczyć na Pitchforku. Miłego oglądania. M.

Utwór „King Rat” i teledysk będący debiutem reżyserskim Ledgera. Aktor nie zdążył dokończyć dzieła, niemniej realizatorzy pozostali wierni jego koncepcji. Video miało premierę 1,5 roku po śmierci artysty: