Nietypowe instrumenty muzyczne

W sieci można z łatwością znaleźć top listy dziwacznych instrumentów, wśród których można znaleźć takie cuda jak Wiedeńska Orkiestra Warzywna, gitara Pikasso czy symfoniczny dom. Ja jednak chciałabym podzielić się z Wami kilkoma utworami, które wykonywane są z użyciem instrumentów, które dość rzadko pojawiają się we współczesnej muzyce, a których obecności w znanych nam od zawsze utworach nasze niewprawione/nieświadome ucho niekiedy nawet nie zauważa.

pikasso-guitarGitara Pikasso
  1. Klawesyn

Choć przypomina fortepian, mechanizm tych dwóch instrumentów różni się tym, że w fortepianie w struny młoteczki uderzają, podczas gdy w klawesynie struny są szarpane. Powoduje to zupełnie inny efekt, który cudownie wykorzystała Joanna Newsom w jednym z moich ukochanych utworów wszech czasów – „Peach, Plum, Pear„:

Joanna Newsome – Peach, Plum, Pear

Klawesyn wykorzystał również zespół The Black Keys w utworze „Too Afraid To Love You„:

The Black Keys – Too Afraid To Love You

2. Sitar

Instrument u nas może nietypowy, ale w Indiach to podstawa wszelkiego muzykowania, coś jak dla nas gitara. Wielkim popularyzatorem sitaru na zachodzie był Ravi Shankar – dzisiaj jego dzieło kontynuuje córka Anoushka. Poniżej w utworze nagranym we współpracy z przyrodnią siostrą Norah Jones:

Anoushka Shankar feat. Norah Jones – Traces Of You

Sitar możemy również usłyszeć w takich klasykach jak „Norwegian Wood” The Beatles:

The Beatles – Norwegian Wood

…czy „Paint It Black” The Rolling Stones:

The Rolling Stones – Paint It Black

3. Melodyka

Klawiszowy instrument dęty. Po raz pierwszy użyty jako „na serio” w latach 60-tych, w swoim brzmieniu przypomina harmonijkę ustną. Mogliście ją słyszeć słuchając Gorillaz:

Gorillaz – Clint Eastwood

… czy Oasis:

Oasis – Champagne Supernova

4. Marimba

Jak wygląda marimba najlepiej sobie wyszukać, bo opisać ją ciężko. Osobiście kojarzy mi się z wielkimi cymbałami. Na marimbie grał m.in. Brian Jones, np. w utworze „Under My Thumb„:

The Rolling Stones – Under My Thumb

Dość często wykorzystuje ją w swoich utworach również Jack White:

The White Stripes – The Nurse

5. Organy

Oczywiście mowa o „klasycznych” organach, bo przecież bez elektroniczno-mechanicznych organów Hammonda nie byłoby lat 60-tych i 70-tych w formie jaką znamy. Organy w wersji „kościelno-Beethovenowej” możemy usłyszeć w utworach Arcade Fire:

Arcade Fire – My Body Is A Cage

…czy w jednym z najsłynniejszych utworów DJ Shadow „Organ Donor„:

DJ Shadow – Organ Donor

6. Bałałajka

Instrument z rodziny gitar, o trójkątnym kształcie i trzech strunach, popularny w Rosji i na Ukrainie. Dla Kate Bush na bałałajce grał jej brat Paddy Bush w jej dwóch największych hitach, „Babushka” i „Running Up That Hill„:

Kate Bush – Running Up That Hill

Bałałajki możemy usłyszeć również w piosence „Take Me Back To Your House” zespołu Basement Jaxx:

Basement Jaxx – Take Me Back To Your House

7. Themerin

To ten dziwny, elektryczny instrument, którego dźwięk, przez filmy grozy Hitchcocka, wszyscy nieodmiennie kojarzą z UFO lub inną, paranormalną aktywnością. Gra się na nim bezdotykowo, co sprawia, że również gra na nim wygląda niepokojąco. Themerinu używał Jimmy Page, w utworze „Whole Lotta Love„:

Led Zeppelin – Whole Lotta Love

I Captain Beefheart m.in. w „Electricity„:

Captain Beefheart – Electricity

8. Hang Drum

Wbrew egzotycznemu brzmieniu hang drum, czyli inaczej metalowy bęben, został zaprojektowany i jest produkowany w Szwajcarii. Jest też jednym z najmłodszych instrumentów, ponieważ pierwszy egzemplarz powstał w 2000 roku, jak również jednym z najdroższych – jego ceny wahają się od 1000 do 1500 euro. Nic dziwnego, że na świecie istnieje tylko kilkaset zestawów. Jednym z ciekawszych wykonawców grających na hang drumie jest duet Hang Massive:

Hang Massive – Once Again

9. Haegeum, piri, geomungo

To oczywiście nie jeden, a kilka instrumentów, na których grają muzycy z koreańskiego zespołu Jambinai. Muzyka tego zespołu to właśnie mieszanka post-rocka i dźwięków tradycyjnych instrumentów koreańskich, zazwyczaj dość ciężka, niemniej mnie najbardziej urzekł kawałek, który swoją delikatnością i stopniowo budowanym napięciem przypomina utwory Sigur Rós. Posłuchajcie”Connection„, w pięknej oprawie wizualnej:

Jambinai – Connection

Na dzisiaj to tyle. Mogłabym na siłę zrobić z tego wpisu „top 10”, ale nie chodzi o tanie chwyty, tylko żeby zwrócić Waszą uwagę na bogactwo muzyki, także tej którą słuchamy na co dzień, i której złożoność i kunszt może czasem umyknąć. M.

Damon Albarn – „Everyday Robots”

I znowu czas przeleciał jak z bicza trzasnął. Niestety w związku z wiszącymi nade mną terminami MAriOLa musiała pójść na chwilę w odstawkę, niemniej nie oznacza to, że całkowicie próżnowałam.

Zapraszam do przeczytania recenzji płyty „Everyday Robots”, pierwszej solowej płyty Damon’a Albarn’a. Recenzja oryginalnie ukazała się na portalu Outrave. Swoją drogą Outrave się zmienia, rozwija i robi coraz ciekawszy…

DamonAlbarnEverydayRobots 1000 x 1000

Przyznaję, że pierwsze przesłuchanie nowego albumu Damona Albarna nie odbyło się z właściwym tak dużemu wydarzeniu nabożeństwem. Ot, wrzuciłam na odtwarzacz, wetknęłam słuchawki w uszy i wybiegłam z domu w gwarne, słoneczne miasto. I nie pasowało, o jak bardzo nie pasowało…

Płyta Everyday Robots (ang. codzienne roboty) to pierwszy solowy album tytana pracy jakim jest Damon Albarn. Zespół Blur został, teoretycznie tylko zawieszony, w 2003 r. od tego czasu Albarn nagrał i wyprodukował 12 albumów, wliczając w to płyty wirtualnego zespołu Gorillaz, współtworzył ścieżki dźwiękowe do dwóch filmów i dwóch oper oraz współpracował z folkowymi muzykami z Mali i Konga. Podczas, gdy inni artyści ery brit-popu usiłowali się odnaleźć w nowym, post-brit-popowym świecie, były wokalista jednego z najważniejszych zespołów epoki radośnie uwolnił się od swojej poprzedniej kreacji i ruszył w świat, eksperymentując ze wszystkimi możliwymi gatunkami i formami muzycznej ekspresji.

Zajęty coraz to nowymi projektami, podobno z dużym zaskoczeniem zareagował na propozycję nagrania solowego albumu, którą przedstawił mu producent i szef wytwórni XL Records Richard Russell. Po czym bardzo logicznie stwierdził, że jeżeli już miałby nagrać coś solowego i podpisać się pod wydawnictwem tylko swoim imieniem i nazwiskiem (a nie np. Gorillaz), album musiałby być po prostu o nim. I rzeczywiście, płyta jest dziełem autobiograficznym, w którym każdy utwór inspirowany jest historią z przeszłości artysty.

“Codzienne roboty” prezentują muzykę melancholijną, powolną, nawiązującą trochę do tradycyjnych, angielskich, folkowych ballad. Elektroniczne, lekko ambientowe krajobrazy Russela, stanowią doskonałe tło dla charakterystycznego głosu Albarna, który jest również odpowiedzialny za gitary, pianino, chórki, automat perkusyjny, syntezatory, produkcję i post-produkcję. Efektem jest całość tak spójna i przemyślana, że biorąc pod uwagę motyw wspólny dla wszystkich utworów (Damon Albarn i jego życie) możemy mówić o swoistym albumie koncepcyjnym. Całość dodatkowo spojona jest samplem z występów brytyjskiego komika Lorda Buckleya, opowiadającego o odkrywcy imieniem Alvar Nuñez Cabeza de Vaca: “They didn’t know where they was goin’ but they knew where they was, wasn’t it”. (nie wiedzieli gdzie idą, ale widzieli gdzie są). To zdanie, które pozbawione swojego dosłownego znaczenia można ze spokojem odnieść do kondycji dzisiejszego społeczeństwa, przewija się sparafrazowane przez całą płytę.

Damon Albarn bardzo chętnie opowiada jakie zdarzenie czy obraz było zalążkiem każdego utworu na płycie Everyday Robots. I tak utwór tytułowy, w którym elektroniczne dźwięki, pianino i skrzypce połączone są w taki sposób, że każdy od razu myśli o brzęczących maszynach, powstał przy okazji stania w korku przy wyjeździe z Los Angeles. Korki są tam podobno są gigantyczne, stoi się 3-4 godziny, i każdy kierowca siedzi spokojnie i bawi się swoim telefonem. Sam Albarn przyznaje, że nie orientuje się za bardzo w nowinkach technologicznych, natomiast z łatwością dostrzega jak łatwo potrafią one nas izolować od świata i od siebie nawzajem. Piosenka Hostiles mówi o pasywnej agresji towarzyszącej graniu w ‘strzelanki’. Lonely Press Play, utwór zaczynający się dźwiękami przypominającymi arytmię serca, porusza temat symboli, które niepostrzeżenie zakorzeniły się w naszej kulturze i umysłach, jak np. trójkąt symbolizujący ‘play’ na różnego typu urządzeniach. Wyjątkowo skocznym jak na całość albumu jest utwór Mr Tembo opowiadający historię małego słonia, którego Albarn spotkał w Tanzanii. Piosenka jest silnie inspirowana muzyką gospel, co muzyk tłumaczy tym, że słoń bardzo lubił oglądać telewizję ze swoimi opiekunami, którzy głównie oglądali chrześcijańskie programy religijne. Na Everyday Robots znajdziemy dwa krótkie instrumentalne utwory. Pierwszy, Parakeets brzmi ni to jak papużki, ni to jak małe latające spodki i inspirowany jest  Kingston’skimi aleksandrettami obrożnymi. To egzotyczne papużki, których w południowo-wschodnim Londynie jest podobno już klika tysięcy – najprawdopodobniej wzięły się tam od jednej wypuszczonej lub utraconej parki w latach 90-tych. Druga melodia to Seven High, utwór inspirowany 7 wysokimi budynkami stojącymi w jednej z części Londynu, które zafascynowały Albarna.  The Selfish Giant inspirowany jest opuszczonym portem w Szkocji, w którym stacjonowały łodzie podwodne. Wokal Albarna w tym utworze wspiera Natasha Khan z Bat for Lashes. You and Me to w zasadzie dwa utwory połączone w jeden. Pierwsza część opowiada o duchu karnawału, który wciąż błąka się po ulicach, mimo że wszyscy poszli już do domu. Druga część „Me” nawiązuje m. in. do okresu, w którym muzyk zażywał heroinę, którą na swoje nieszczęście śmiał nazwać bardzo inspirującym narkotykiem, co wywołało burzę w angielskiej prasie. Hollow Ponds, to wspomnienie upalnego lata 1976 roku, kiedy ‘wszystkie plemiona londyńczyków’ zjechały się do miasteczka, w którym jako dziecko mieszkał muzyk, nad stawy powstałe po zalaniu dołów, z których kiedyś wydobywano żwir. Photographs (you’re taking now), chyba najlepszy utwór na tym albumie, inspirowany był zaćmieniem słońca, które oczywiście zostało przysłonięte angielskim, chmurnym niebem. Zebrani tłumnie ludzie zaczęli więc robić zdjęcia, mając nadzieję, że chociaż w ten sposób uchwycą jakiś obraz, co podobno wyglądało niesamowicie. „I tak zamiast naturalnego, spektakularnego zjawiska, zaistniało spektakularne zjawisko stworzone w sztuczny sposób” – opowiada Albarn. The History Of A Cheating Heart opowiada o relacji muzyka z bliskim, od dzieciństwa do chwili obecnej. Płytę kończy Heavy Seas Of Love, istne światełko na końcu tunelu. Utwór, nagrany przy udziale Braina Eno oraz chóru The Leytonstone City Mission daje nadzieje, że może to jeszcze nie koniec naszego smutnego, wirtualno – industrialnego społeczeństwa.

Everyday Robots to bardzo osobisty i refleksyjny album, w genialny sposób przepełniony smutnymi dźwiękami, które zgodnie z tytułem sugerują alienację jaką tylko nowe technologie są  nam w stanie zapewnić. Jednocześnie Damon Albarn, który głośno ubolewa nad odarciem muzyki pop z jakiegokolwiek wpływu na społeczeństwo,  konstruuje całość w sposób przystępny muzycznie dla szerokiego odbiorcy. Dodatkowo, jak zawsze jednym ze składników sukcesu Albarna jest jego głos, który można scharakteryzować jako kojąco-melancholijny. W tym iście ‘oksymoronowym’ połączeniu po prostu każdy zawsze znajdzie coś dla siebie.

Muzyczne niusy #4

Słyszeliście kiedyś o muzyku nazwiskiem Elliot Smith? Jeśli nie, to pewnie i tak słyszeliście jego muzykę. Gwiazda lat 90-tych, nominowany do Oscara za „Miss Misery” do filmu „Good Will Hunting” („Buntownik z wyboru”), znany był ze specyficznego połączenia brzmień folk i punk oraz wieloletnich zmagań z uzależnieniem od alkoholu, które skończyło się bardzo spektakularnym samobójstwem w 2003 roku.

Niedawno Mike Doughty odnalazł stare nagrania z sesji ze Smithem, zarejestrowane jeszcze w latach 90-tych. Doughty, obecnie występujący pod pseudonimem UUL, wydał je w postaci, w jakiej ‚miały zaistnieć od początku‚, czyli jako electro-dance’owe utwory z głosem Smitha. Nie przepadam za muzyką dance, ale muszę przyznać, że te kawałki są fantastyczne. Utwory można pobrać za darmo:

Courtney Love ma swój własny kanał na Youtubie. Tak, Courtney Love. Nie dość tego, ostatnio została uznana za niewinną w procesie o „pomówienie” na Twiterze. Love jakiś czas temu napisała na Twiterze, że jej była adwokat, którą wynajęła w kolejnej sprawie dotyczącej zarządzania spuścizną po Kurcie Cobain’ie, została przekupiona. Było to pierwsze oskarżenia o pomówienie na Twiterze w USA. Co jak co, na Courtney zawsze można liczyć, że wymyśli coś nowego.

Morrissey podpisał kontrakt na podwójny album z Capitol Records, wczoraj oficjalnie zaczęły się sesje nagraniowe. A już niedługo ogłoszona zostanie tegoroczna trasa koncertowa artysty. Miejmy nadzieją, że załapiemy się na jakiś koncert… Poniżej cover jednego z najsłynniejszych utworów zmarłego niedawno niesamowitego Lou Reed’a:

Nie wiem czy już o tym pisałam, ale solowe wydawnictwo, po raz pierwszy od lat, planuje także Damon Albarn (Blur, Gorillaz). Album, zatytułowany „Everyday Robots”, ukaże się 28 kwietnia. Albarn twierdzi, że będzie to jego najbardziej osobisty album jaki do tej pory się ukazał, nawiązujący do wspomnień z dzieciństwa, z motywem przewodnim ‚człowiek i technologia’. Poniżej utwór promujący wydawnictwo:

Zanim usłyszymy Albarn’a nowe wydawnictwo planuje również zespół The Notwist. W Polsce raczej mało znani, choć chłopaki to nasi sąsiedzi zza Odry i grają razem już 25 lat. Dość powiedzieć, że grali indie rocka zanim ktokolwiek takie pojęcie ukuł. Album „Close To The Glass” ukaże się 25 lutego.

ASTR, zespół, o którym całkiem niedawno pisałam, 21 stycznia wydał debiutancką EPkę „Varsity” – wydawnictwa możecie w całości posłuchać również na MAriOLi:

Twórcy The Simpsons przeprosili zespół Judast Priest za to, że jedna z postaci nazwała ich zespołem death-metalowym:

choć przecież wszyscy wiedzą, że to zespół heavy – metalowy. W ramach przeprosin Bart Simpson w czołówce jednego z odcinków pisze na tablicy: „Judas Priest nie jest zespołem death metalowym”

The-Simpsons-Judas-Priest-is-not-death-metal

Dla niezorientowanych poniżej wklejam filmik, w którym zobrazowane są różnice pomiędzy poszczególnymi podgatunkami muzyki metalowej:

Lykke Li po trzech latach milczenia zapowiada nowy album, który ukaże się w maju tego roku, a także… 14 marca premierę będzie miał szwedzki thriller „Tommy”, w którym piosenkarka zagra główną rolę – żonę bossa sztokholmskiego światka przestępczego. Chyba obejrzę z czystej ciekawości, żeby przekonać się czy piosenkarka równie dobrze gra jak tworzy i śpiewa muzykę:

Nowy album zapowiada także zespół The War On Drugs – „Lost in the Dream” ukaże się 18 marca nakładem wytwórni Secretly Canadian:

Nie próżnuje również zespół Xiu Xiu, który w tym roku wyda album „Nina”, na którym znajdą się same covery utworów Niny Simone:

(oryginał):

(Xiu Xiu):

a w przyszłym roku, ukaże się ich kolejny autorski album, zatytułowany „Angel Guts: Red Classroom”, który promuje utwór „Single In The Dark”:

I wiadomość z ostatniej chwili, na mój ulubiony festiwal, OFF Festival, przyjedzie w tym roku zespół Neutral Milk Hotel! Miałam kiedyś w planach poświęcić im wpis, niestety oczywiście milion innych rzeczy po drodze było ważniejszych. W skrócie historia wygląda tak: zespół działał w latach 1989-1998, słynni byli z eksperymentów muzycznych i ponurych tekstów, bardzo często zestawionych w kontraście ze skocznymi, radosnymi melodiami. Mimo rosnącej popularności wokalista nie wytrzymał rock&rollowego trybu życia i przeszedł załamanie nerwowe, co było przyczyną rozpadu zespołu. Neutral Milk Hotel wydali dwa albumy studyjne – jeden średni, a drugi „In the Aeroplane Over the Sea” – genialny. W zeszłym roku chłopaki zeszli się ponownie i ruszyli w trasę koncertową:

To chyba tyle na dzisiaj. Oczywiście w świecie muzycznym dzieje się wiele innych ciekawych rzeczy, tutaj staram się tylko przedstawić bardzo subiektywnie wybrany wycinek z zalewających nas codziennie informacji i ploteczek. Z ciekawostek około-muzycznych można by jeszcze wspomnieć na przykład o Beyonce, która wydała nowy album bez żadnej promocji i zapowiedzi, i który oczywiście natychmiast przyniósł artystce tryliony tryliardów zielonych, o petycji podpisanej przez 2oo tys. Amerykanów, żeby wywalić Justina Biebera ze Stanów do Kanady (skąd pochodzi), bo nie dość, że źle śpiewa, to jeszcze rozbija się samochodem pijany, naćpany i bez ważnego prawa jazdy, o Agnieszce Chylińskiej, która wydała książkę dla dzieci od góry do dołu zjechaną przez feministki… Ale niestety złośliwa doba nie chce się rozciągnąć, także na dzisiaj muszę już skończyć. Ciao. M.