Czy przegapiliście Sylvan Esso?

Znacie to uczucie, kiedy tak zafascynuje Was muzyka jakiegoś artysty, że zaczynacie wyszukiwać co raz więcej i więcej informacji na jego temat, oglądać i czytać wywiady, śledzić social media, po czym w końcu dochodzicie do wniosku, że jest/są to Wasze pokrewne dusze, i czemu to takie niesprawiedliwe, bo oni żyją za oceanem i nigdy się nie dowiedzą, że powinniście się kumplować i przynajmniej raz na jakiś czas chodzić razem na piwo i gadać całymi wieczorami o wszystkim i niczym? Dla mnie takim artystą, a w zasadzie duetem muzyków jest Sylvan Esso, zespół z Północnej Karoliny. Amelia Meath z trio śpiewającego amerykański folk – Mountain Man i Nick Sanborn z zespołu Megafaun (z którym przez jakiś czas grał również Justin Vernon, czyli Bon Iver), spotkali się podczas koncertu solowego projektu Nicka – Made Of Oak. Wtedy też rozpoczęła się historia Sylvan Esso, a dokładniej kiedy to będąc pod wrażeniem występu, Amelia poprosiła Nicka o napisanie muzyki do jej utworu Play It Right. I okazało się, że nie dość, że się świetnie dogadują, to jeszcze połączenie nietypowego folku z nietypową elektroniką to strzał w dziesiątkę.

Sylvan Esso – Play It Right

Jakiś czas później, po zakończeniu 1,5 rocznego tournee z Feist, Amelia szukała w miarę taniego lokum i za namową Nicka zamieszkała w tym samym co on mieście. W 2014 roku ukazał się ich debiutancki album zatytułowany po prostu Sylvan Esso, który nagrali w domu Nicka. Osobiście uważam, że to jeden z tych uniwersalnych albumów, które można słuchać przy różnych okazjach, i do którego chce się do niego wielokrotnie wracać. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że nie jest to niesamowicie odkrywcza muzyka, ale jednak mam wrażenie, że wypełniła jakąś lukę na rynku muzycznym. Dawno też nie widziałam tak rozbieżnych opinii na temat debiutującego artysty – największe portale muzyczne albo były zachwycone albo stwierdzały, że jest to totalna nuda i zupełnie nic oryginalnego.

Sylvan Esso – Coffee

Po wydaniu albumu, przyzwyczajeni do bycia outsiderami muzycy Sylvan Esso, chyba ku swojemu zdziwieniu, znaleźli się wysoko na listach przebojów, a nawet zostali zaproszeni do występu podczas The Tonight Show, co w USA jest sporym wydarzeniem/wyróżnieniem/reklamą. A jak wiadomo, im bardziej spektakularny debiut, tym większa presja i oczekiwania co do kolejnych albumów. Duet ostatnio wydał nowy singiel, w którym bardzo bezpośrednio odnosi się do stresu związanego z wydaniem kolejnej płyty:

Sylvan Esso – Radio

Hmm… no jeżeli ich wszystkie, przyszłe utwory będą tak udane jak ten, to Amelia i Nick nie mają się co martwić. Powiedziałabym im to przy piwie, ale świat nadal jest bardzo duży. Chociaż może to dobrze. Przynajmniej nie wsadzą mnie do paki za stalking. M.

 

MMDS: Possessed by Paul James – Hurricane

Uroczy kawałek, idealny na poprawę humoru, wyskoczenie z krzesła sprzed komputera i poskakanie po pokoju (zwłaszcza jak jesteście w pracy wcale nie będzie to wyglądało dziwnie). Possessed by Paul James, czyli Konrad Wert, to jednoosobowa, folkowa orkiestra. Wychowany w niewielkiej społeczności menonitów, pomiędzy pacyfistami i pracownikami społecznymi, sam, oprócz muzykowania, jest nauczycielem dzieci o specjalnych potrzebach. Tworzy muzykę klasyfikowaną jako alternatywne country, która przepełniona jest skocznymi tonami, skrzypkami, banjo, i słowami pełnymi otuchy. Brzmi okropnie, ale mimo wszystko ciężko się oprzeć takim kawałkom jak Hurricane. Mało cynicznej środy wszystkim życzę. M.

PS. Jakbyście się zastanawiali kim jest Paul James, to nie kłopoczcie się szukaniem po internetach (jak ja) – to prostu imiona ojca i dziadka Kurta.

Singer-sonwriter, folk, pop, indie? – czyli jak to jest z klasyfikowaniem muzyki

Chciałam wiosennie napisać o dwóch kobietach wykonujących muzykę przyjemną i niezobowiązującą (jeżeli coś takiego jak niezobowiązująca muzyka istnieje) i zastanowiła mnie (jakże wszechobecna) klasyfikacja gatunkowa. Wchodzi sobie człowiek spokojnie na stronę wykonawcy, a tam się pojawia łatka „singer-songwriter, folk, pop, indie” i niby wiadomo o co chodzi, ale w rzeczywistości przed oczami pojawia się jak neon parafraza słynnego filozofa: k*rwa wiem, że nic nie wiem, no ale bez przesady…

Klasyfikacja gatunku muzycznego, jak wszelkie klasyfikacje, jest oczywiście we współczesnych, bardzo cywilizowanych czasach, niezbędna – no bo bez jakiejkolwiek, nawet odpowiedź na zwykłe pytanie: czego słuchasz? byłaby niemożliwa. Niemniej, czy w dzisiejszym, zglobalizowanym świecie, gdzie informacja podróżuje z prędkością mierzoną w MB/sec i każdy może  posłuchać wszystkiego, nie popadliśmy w lekką obsesję? Zwłaszcza w muzyce, dziedzinie jakże rozległej i o płynnych granicach – czy jakiekolwiek definicje są jeszcze możliwe i/lub konieczne? Moje przemyślenia na ten temat są oczywiście amatorskie, żadnym wykształconym muzykologiem nie jestem, lecz entuzjastycznym odbiorcą o dość szerokich muzycznych horyzontach i tolerancji. Przykładem dla rozważań niech będzie muzyka dwóch Pań, o których wstępnie chciałam napisać (tylko, ha!) króciutki tekst – Jenny Owen Youngs i Laura Marling, a które określane są właśnie jako singer-songwriter’ki tworzące muzykę folk-pop-indie.

Po pierwsze bardzo popularny ostatnio termin: singer-songwriter czyli po polsku – wykonawca piosenki autorskiej. Początki tego określenia rzekomo wywodzą się od antycznych tradycji bardów i trubadurów, później dotyczyły zwłaszcza amerykańskich wykonawców muzyki folk (czyli na razie wszystko pasuje). Taka osoba sama pisze wszystkie swoje teksty, muzykę do nich i jeszcze to wszystko wykonuje, akompaniując sobie zazwyczaj na jakimś instrumencie. W swych utworach wykonawca piosenki autorskiej nawiązuje do autentycznych wydarzeń, często tekst opowiada jakąś historię lub opisuje np. sytuację polityczną (tzw. protest-songi, tak, tak,  je również można wrzucić do tej definicji). Założenie jest więc takie, że utwory singer-sonwriter’ów są autentyczne i niosą przesłanie odautorskie. W polskiej klasyfikacji takich muzyków wręcz bardzo często włącza się do nurtu poezji śpiewanej. Sytuacja robi się skomplikowana, gdy dochodzimy do zespołów, które piszą i wykonują swoje własne utwory – nie wiadomo czy ten termin można tu zastosować czy nie. Czyli termin ten jest dość niejasny sam w sobie. Ale jedźmy dalej;

Kolejny, bardzo modny termin „indie„, wbrew powszechnej opinii, nie ma nic wspólnego z muzyką z Indii, lecz pochodzi od angielskiego słowa independent czyli niezależny i jest określeniem używanym w stosunku do wszelkich wykonawców muzycznych związanych z niewielkimi, niezależnymi wytwórniami płytowymi. Wytwórnie te, w odróżnieniu od komercyjnych, w założeniu charakteryzują się jak najmniejszym wpływem na muzykę wykonawcy, jego image i ogólnie mówiąc, przesłanie. Sukces i profity nie są celem samym w sobie, chodzi o muzykę, radość tworzenia i odbioru. Przy tej definicji rodzi się więc problem pt. co jeśli artysta osiągnie komercyjny sukces? Dalej jest wykonowcą „indie” czy już się zeszmacił, ponieważ jego muzyka trafiła to szerszego odbiorcy i zapewnie spowszedniała? Teoretycznie odpowiedź na to pytanie daje zachowanie muzyka po osiągnięciu sukcesu, ale i taka ocena nie jest prosta. 

Folk. Bardzo szeroki termin, próba jego wyjaśnienia znajduje się m.in. na wikipedii, dla skrócenia(!) tego tekstu skleciłam pospieszną, powiedzmy współczesną definicję muzyki foklowej: gatunek muzyki popularnej, odwołujący się w stylistyce do szeroko rozumianej muzyki ludowej, czyli dotyczący jakiejś mniejszej grupy społecznej, niekomercyjny, sprawiający wrażenie autentyczności. W rzeczywistości na hasło „folk” mnóstwo młodych ludzi reaguje alergicznie, no bo to przecież tak naprawdę Panie lub Panowie śpiewający rzewnymi głosami o straconej miłości, przygrywający sobie smętnie na gitarze, i w ogóle nic ‚cool”, ani „hip”, i bardzo nie teges w naszym cynicznym świecie. Nawet emo gardzą folkiem. I jak to, mimo że niby definicja kupy się trzyma, można to połączyć z muzyką pop?

Muzyka pop  – nie mylić z muzyką popularną. Muzyka popularna, a bardziej po polsku: muzyka rozrywkowa, to również wielki wór do którego można wrzucić wszystko, a najprościej chyba pojąć jako przeciwieństwo muzyki poważnej. Muzyka pop to, proszę Państwa, podgatunek muzyki popularnej, obecnie odnoszący się do muzyki skomercjalizowanej, nastawionej na sprzedaż młodemu, nieświadomemu odbiorcy, operująca utartymi schamatami, podanymi w nowej oprawie. Ogólnie rzecz biorąc muzyka prosta, łatwa i przyjemna, unikająca (dosłownie) wszelkich zgrzytów, wygładzona, opracowana przez profesjonalistów. I tu wielkie pytanie jak termin „pop” można zestawić z „folk”, „indie”, „singer-songwiter”? Przy tak pogardliwej definicji popu, toż to prawie jak obelga, jak powiedzenie: „ej, one niby chcą być niezależne, ale nie martwcie się, muzyczka w sumie przyjemna, posłuchać można…”

Wiecie co jest zaskakujące? Takie dziwolągi właśnie powstają. Dokładnie tak określiłabym muzykę Jenny Owen Youngs i Laury Marling, o których zamierzałam szerzej napisać. Bo tak naprawdę to ani folk, ani pop, ani indie do końca nie jest, aczkolwiek Panie owszem, muzykę same piszą i wykonują, dla małych, niezleżnych wytwórni, historie opowiadają, a i posłuchać przyjemnie.

Podsumowując, zaczęłam poważnie, a zakończę, jak zwykle niefrasobliwie: przejmować się własną ignorancją w temacie gatunków aż tak nie trza, na łatki patrzeć z przymrużeniem oka, nigdy nie wiesz co ci się spodoba, podejście intuicyjne mile widziane. Muzyka, tak naprawdę-naprawdę, wymyka się wszelkim klasyfikacjom. I halleluja! M.

Pani Jenny Owen Youngs:

(z albumu „Batten the Hatches”)

(z albumu „Transmitter Failure”)

I pani Laura Marling:

(z nowego, wydanego 22 marca br., albumu „I Speak Because I Can”)

( i starsze nagranie z albumu „Alas, I Cannot Swim”)

PS. Żadna poważna publikacja na temat muzyki to nie jest, znaczy się definicje zaczerpnęłam z różnych, polskich i angielskich internetowych encyklopedii. W razie jakiś poważnych zarzutów co do definicji, być może z pokorą przyjmę krytykę. M.