Muzyka, sex i video. Wpis z lekka pornograficzny. Tylko dla dorosłych.

Że cycem da się sprzedać wszystko wiemy wszyscy. Że jest to poniżające dla kobiet (przedmiotowe traktowanie) i uwłaczające mężczyznom (troglodyci myślący penisem), również wiemy. Ostatnio miałam średnią przyjemność trafić na teledysk do utworu ‚Blurred lines’ Robina Thicke, w którym występują również raperzy  T.I. i Pharrell. Video można obejrzeć w wersji nieocenzurowanej (oryginalnej) na YouTubie – po zalogowaniu oczywiście, co ma na celu ‚udowodnić twój wiek’ (na całe szczęście Amerykanie dzięki programowi PRISM śledzą czy 10-latki nie zakładają kont z fałszywą datą urodzenia). Ocenzurowaną wersję wklejam tutaj. Wersje różnią się oczywiście stopniem negliżu modelek, które w wersji nieocenzurowanej mają na sobie li i jedynie cieliste stringi:

Video zostało wyreżyserowane przez kobietę, doświadczoną reżyserkę teledysków, Diane Martel, która stwierdziła, że na pomysł teledysku wpadła po ‚spędzeniu długich godzin na myśleniu o teledyskach, marketingu i internecie, i że zainspirowały ją fotografie Helmuta Newtona. Na zarzuty o seksizm teledysku odpowiedziała, że chciała ‚zilustrować mizoginistyczny i śmieszny (sic!) tekst „Blurred lines” w sposób, w którym to dziewczyny pokazałyby władzę nad facetami – Spójrzcie na ich ruchy, są śmieszne i lekko absurdalne. To sprawia, że faceci również się bawią, a nie zachowują jak drapieżniki”. Itd., itp., że to wszystko zamierzone i w ogóle ironiczne, lekkie i śmieszne. Pytany później sam Thicke odpowiedział, że teledysk ‚miał być uwłaczający dla kobiet, staraliśmy się w nim odnieść do wszystkich możliwych tabu, jak choćby zoofilia czy narkotyki – Cała nasza trójka jest szczęśliwie żonata i dzieciata, i pomyśleliśmy, że jesteśmy świetnymi kandydatami, żeby się z takiego podejścia pośmiać. Kiedy ludzie mnie pytają czy nie uważam, że to video jest poniżające dla kobiet, odpowiadam, że oczywiście, że tak”. Diane Martel odcięła się od tej wypowiedzi. Chyba się jednak nie dogadali co do charakteru tego przedsięwzięcia.

Ja patrząc na teledysk, na pewno zgadzam się, że sexowny to on nie jest. Wszyscy są sobą średnio zainteresowani, a perfekcyjne panie z perfekcyjnymi piersiami, kręcą się wokół facetów jak modne gadżety. Może kiedyś zamiast dziewczyn nowy model iphone będzie tak wirował, jestem pewna, że wynalazcy z ‚jabłka’ jak ich ładnie poprosić wymyślą aplikacje ‚shake your ass’.

Gorzej, bo od powstania w latach 80-tych MTV jesteśmy tak bombardowani wijącymi się laskami, wydętymi ustami i silikonowymi częściami ciała, że już w ogóle nie zauważamy jakie to jest idiotyczne. A wystarczy zamienić role.

Odpowiedzią na oryginalny teledysk jest parodia przygotowana przez trupę ‚boyleski’ (męska wersja burleski) Mod Carousel wraz z piosenkarkami Caela Bailey, Sydni Deveraux i Dalisha Phillips. Mam wrażenie, że jak w rolach ‚wyginaczy i wypinaczy’ zobaczy się facetów, to groteskowość i śmieszność zachowań/choreografii pojawiających się w wielu, wielu muzycznych teledyskach dociera do nas jakoś bardziej:

Oczywiście, zagadnienia muzyka-teledyski-seks-seksizm są obszerne i można by im poświęcić książkę całą, a nie tam wpis na blogu. Parodii w internecie na ten temat również powstało sporo – jedna z moich ulubionych to piosenka „Bounce that dick” przygotowana przez internetową komediantkę i vlogerkę Jennę Marbles, która swój utwór zaczyna od tego, że ma dość słuchania, od kiedy tylko zaczęły jej rosnąć włosy łonowe, że ma „potrząsnąć tyłkiem”:

Ale dobra, zapędziłam się. Odłóżmy feministyczny światopogląd na bok, i spójrzmy prawdzie w oczy, że muzyka, seks i taniec zawsze były ze sobą powiązane, gdyż wszystkie są wyrazem emocji, a niewiele emocji jest silniejszych niż te wzbudzane przez pożądanie. Ta zależność ma wpływ na większość wymyślonych przez człowieka stylów tańca, począwszy od najgorętszego argentyńskiego tango, a skończywszy na biednych Irlandczykach, którym katolicki kościół zabronił się trzymać za ręce podczas tańca, co jest powodem dlaczego trzymają je wzdłuż ciała jak tańczą  (nie twierdzę, że nie wykorzystali tego na swoją korzyść, patrz Lord of The Dance).

Analizując tę zależność, ciężko jest się dziwić reżyserom teledysków muzycznych, że wykorzystują sex jako jeden z głównych motywów, zwłaszcza, że połowa tworzonych piosenek jest i tak poświęcona miłości i pożądaniu. Ja się tylko pytam czy ten motyw musi być prawie zawsze realizowany w postaci wijących się, roznegliżowanych i najczęściej znudzonych lasek?

W dzisiejszym wpisie postanowiłam przedstawić moją własną, subiektywną listę teledysków, w których odniesienia do sexu, nagości i pożądania przedstawione są w sposób trochę inny, mniej banalny i niekoniecznie oczywisty.

1. Seks klasyczny. On i ona, choć topless to żadnych cycków nie widać, obydwoje piękni, piękny męski głos, romantyczna piosenka, plaża, palmy. Lukrowany acz pociągający klasyk, w którym potencjalny seks, który zaraz się zdarzy będzie po prostu piękny i satysfakcjonujący dla obojga. Chris Isaak – „Wicked Game”:

2. Seksowny facet. Tu każdy może wrzucić swój typ, ja zupełnie przypadkiem natrafiłam najpierw na Bruce’a Springsteen’a. Jakąś super fanką nie jestem, co jest najlepszym przykładem, że na utalentowanego chłopaka z gitarą czy mikrofonem ciężko nie zwrócić uwagi. Bruce Springsteen – „Dancing In The Dark”

3. Seksowna kobieta.Ponownie, tysiące kandydatur by się znalazło, ja wrzucę teledysk, który mnie zachwycił, choć wielu się ze mną nie zgodzi. Ona wcale nie negliżu, rozwalana na fotelu, z lekka senna i bardzo naturalna, jakby dopiero wstała z łóżka. Sensualna i seksualna. Tori Amos – „Pretty Good Year”:

4. Groovy sex. Czasy, w których sex był zwyczajnie ‚fun’, a „teledyskowe imprezy” były dla wszystkich, a nie tylko pięknej, wystylizowanej młodzieży. B-52s – „Love Shack”:

5. Dziwny sex. Dziwne, pulsujące, ciałokształtne linie. Dziwne miny. Można dojrzeć gołą pierś. To oczywiście Björk – „Pagan Poetry”:

6. Młodociany sex. Pierwszy, intensywny. Z dramatami, tatuażami, ‚cool’. Aerosmith – „Cryin’ „:

7. Kiczowaty sex. Wijące się laski wijącymi laskami, ale jak po raz pierwszy zobaczyłam wijącą się laskę między biegnącymi mustangami  i brodzącą w błocie na tle szczytów górskich to mi szczęka opadła. Swoją drogą bardzo lubię tę piosenkarkę. Shakira – „Whenever, Wherever„:

8. Pornografia. Wiadomo, że jak chodzi o wręcz pornograficzny wymiar sexu w teledyskach, to przodują wykonawcy muzyki ciężkiej jak Rammstein czy Prodigy. Ja jednak wolę zamieścić rewelacyjny utwór i video Massive Attack do utworu „Paradise Cirus„, zawierający wspomnienia byłej gwiazdy porno, Georginy Spelvin wraz z fragmentami filmów, w których grała:

9. Lesbijski sex. Mundurki, deszcz i więzienie. Czego chcieć więcej? t.A.T.u. – „All the things she said”

10. Intymny sex. Piękna, taneczna, historia jak ze snu. I penis głównego aktora Transformersów. Sigur Rós – „Fjögur píanó”:

11. Nagość. I natura. Ciało ludzkie goluśkie, jak je Matka Natura stworzyła. I znów Sigur Rós – „Gobbledigook„:

12. Masturbacja. W tym wypadku kobieca. Teledysk z 1984 r., który przyczynił się do wprowadzenia znaczka „Parental Advisory”. Pełen ukrytych symboli, takich jak wibrujący motor, ‚samoobsługowa’ stacja benzynowa czy Zygmunt Freud. Cyndi Lauper – „She Bop”:

13. Faktyczna parodia na wszechobecny sex. Najlepsza jest końcówka, która zwraca uwagę na to co faktycznie powinno być uznane za, hmmm…bezwstydne. Bloodhound Gang – „The Ballad Of Chasey Lain”:

I na koniec – nie oceniamy, czyli sex taki jak kto lubi. Delikatny, romantyczny czy też dosłowny i ostry. Tenacious D – „Fuck Her Gently„:

To tyle. Gdyby ktoś się oburzał, jakie tutaj zbereźne rzeczy opublikowałam, proszę wziąć pod uwagę, że;

a) seks jest piękny, naturalny i niweluje problem niżu demograficznego,

b) wszystko co tutaj opublikowałam da się znaleźć w internecie w trzy kliknięcia.

Pozdrawiam. M.

PS. Starałam się używać określeń oficjalnych lub potocznie-akceptowalnych, bo teoretycznie Mariolę można czytać w każdym przedziale wiekowym. Używałam również zamiennie pisowni sex i seks, ponieważ obie lubię.

Reklamy

Patti Smith i „Just Kids”

Patti Smith jest pisarką, performerką i artystką sztuk wizualnych”* – tak zaczyna się opis profilu autorki na okładce książki „Just kids”. Ani słowa o byciu jedną z ważniejszych kobiecych postaci w historii rocka, czy w ogóle o muzyce. Prawdopodobnie dlatego, że Patti Smith uważa siebie samą głównie za poetkę . W wywiadzie udzielonym dla National Public Radio, mówi wręcz „nie jestem muzykiem”. To interesujące wyznanie, zwłaszcza, że jego autorką jest osoba, która wydała już 12 albumów, a w 2007 roku została wprowadzona do Rock and Roll Hall of Fame. Jeśli jakimś cudem nie wiecie o kim mówię posłuchajcie jej najlepiej rozpoznawanego utworu – „Because the Night”:

(nota bene Patti Smith  tę piosenkę dostała na taśmie od Bruce’a Springsteena jako odrzut z jego płyty Darkness on the Edge of Town)

Opowieść o Patti Smith tak naprawdę trzeba byłoby zacząć od opowieści o  początkach muzyki rozrywkowej, ale my cofniemy się tylko do lat 50-tych, kiedy to rodził się rock & roll.  W bardzo dużym skrócie i z przymrużeniem oka można powiedzieć, że rock & roll zebrał wszystko co najlepsze z bluesa , jazzu, country i gospel i stworzył Elvisa, Buddy Holly’ego i Beatelsów. Następnie, gdzieś około roku 1960 wyłuskano co najlepsze co z rock & rolla, dołożono sporo elementów z kolejnych gatunków muzycznych (takich jak folk, muzyka etniczna i klasyczna), namaszczono gitary i perkusję jako instrumenty najważniejsze, a zespół (band) jako najwłaściwszą konfigurację – i powstał rock. Do końca lat 60-tych odmian rocka zaistniało mnóstwo, przez folk-rocka, psychodelię, glam, aż do heavy metalu. Mniej więcej w tym momencie na scenę wkracza Patti Smith. Na początku poetka, która deklamowała swoje wiersze przy akompaniamencie gitary, zafascynowana mocą jaką mają jej słowa w połączeniu z prostotą i świeżością podstawowych akordów rockowych, postanowiła przywrócić muzyce rockowej jej najważniejsze przesłanie. Zmarli kolejno Jimi Hendrix, Janis Joplin, Jim Morrison, Brian Jones, a kultowe zespoły takie jak Rolling Stone stawały się co raz bardziej „gwiazdami”, co raz bardziej nastawionymi na komercyjny sukces i dobra materialne. „Baliśmy się, że duchowi muzyki, która nas żywiła, grozi śmierć głodowa. Baliśmy się, że straci swój zmysł kierunku, baliśmy się, że wpadnie w chciwe ręce, że zacznie brnąć w błocie widowisk, finansów, bezdusznej technicznej złożoności„. W wywiadzie dla NPR artystka dodaje jeszcze, że :”chcieliśmy stworzyć przestrzeń, miejsce dla kolejnego rodzaju muzyki i muzyków, takich którzy stworzą więzi ze wszelkimi wyrzutkami i odmieńcami, bez materialistycznych roszczeń, którzy nie będą ‚so glamorous‚”. I faktycznie, Patti Smith Group (zespół artystki) jest dzisiaj uznawany za protoplastów punk rocka i jedną z ważniejszych inspiracji dla zespołów takich jak Ramones, Television czy The Clash (stąd też, moim zdaniem nie do końca poprawne, nazywanie czasem Patti Smith ikoną punk).

Patti Smith opisuje swoją drogę od zagubionej dziewczyny z prowincji do świadomej i uznanej artystki w autobiograficznej książce zatytułowanej „Just kids” („Po prostu dzieci”). Opowiedziana przez nią historia poświęcona jest jej wieloletniej przyjaźni z Robertem Mapplethorpem, słynnym amerykańskim fotografem, którego homoerotyczne prace pełne sadomasochistycznych elementów, wywołały w swoim czasie gorącą debatę dotyczącą sponsorowania sztuki z finansów publicznych. Książka, po wstępie jakim jest zarys dzieciństwa obojga artystów, rozwija się od momentu kiedy mając po 20 lat, spotkali się w Nowym Yorku i zaczęli żyć razem, najpierw jako para, potem jako przyjaciele. Za „Just kids” Patti Smith otrzymała prestiżową nagrodę „National Book Award”. I nic dziwnego, biorąc pod uwagę jak zgrabnie łączy ona opis relacji między dwojgiem ludzi z ukazaniem procesu ‚narodzin artysty’, a to wszystko dodatkowo poprzeplatane jest pocztówkami z Nowego Yorku lat 60-tych, pełnego słynnych postaci takich jak Andy Warhol, Jimi Hendrix czy nawet Salvador Dali. Sama Smith zresztą podkreśla niegdysiejszy brak dystansu między artystą a zwykłym śmiertelnikiem, brak czegoś takiego jak ‚kult celebrytów’. Każdy mógł być w tamtych czasach częścią „kulturalnego głosu swojego pokolenia„, a „momenty [kiedy tworzyła się historia], nie były zauważane jako Momenty” (artystka w jednym z wywiadów przytacza anegdotę kiedy to  ledwo zauważyła, że siedzącą obok Janis Joplin, Kris Kristofferson uczy piosenki „Me & Bobby McGee„, ponieważ był zajęta zbyt układaniem wiersza).

Przyjaźń Smith i Mapplethorpe zaowocowała jedną z najsłynniejszych okładek w historii rocka – jest to proste w kompozycji zdjęcie zdobiące pierwszy album artystki – „Horses”, które wywołało burzę nie tylko na rynku muzycznym. Po pierwsze: zespół rockowy, którego liderem była kobieta – w tamtych czasach rocka grali tylko mężczyźni (w dodatku tylko biali mężczyźni). Książka Patti Smith nie jest żadnym manifestem feministycznym, ale nawet ona zauważa, że na początku kariery trudno jej było dokooptować kolejnych muzyków do zespołu, bo mało który facet chciał przystać na lidera – kobietę. Po drugie: prostota okładki, w czasach rozbuchanych, glam-rockowych stylizacji. Po trzecie – niepokojąca androginiczność Smith, ubranej w męską koszulę i marynarkę, z potarganymi włosami i puszkiem nad górną wargą (wyretuszowania tych dwóch ostatnich bezskutecznie domagał się producent), która stała w opozycji do hippisowskiego wizerunku dziewczyny w długich rozwianych włosach i kolorowej spódnicy. „To był najbardziej elektryzujący wizerunek kobiety z mojego pokolenia, jaki kiedykolwiek ujrzałam. Okładka płyty natychmiast znalazła się na ścianie w moim salonie, jakby była świętą ikoną. Symbolizowała ona nie tylko nowy impuls dla ruchu wyzwolenia kobiet, ale także fuzję wysokiej sztuki z kulturą popularną” – wspomina pisarka i feministka Camille Paglia.

„Just kids” pełna jest magii, niesamowitych postaci i barwnych opisów z życia artysty w kulturowym tyglu, jakim był Nowy York w latach 60-tych i 70-tych. Krytycy co prawda zarzucają Smith, że w niektórych momentach jest wręcz pretensjonalna i zbyt górnolotna, ale jak dla mnie jest to tylko kolejny element podkreślający autentyczność, niewinności i naiwności ‚dzieciaków’, o których przecież książka została napisana. Inne zarzuty to pomijanie przez Patti Smith wszystkich negatywnych aspektów ich wspólnej egzystencji, takich jak nędza, brud, przemoc psychiczna i fizyczna między dwojgiem głównych bohaterów**. Moim zdaniem był to świadomy wybór autorki, która chciała rzucić inne światło na osobę Mapplethorpe’a, opisać istotę tego kim był dla niej. Cenię sobie osoby, które nie pociąga wywlekanie brudów – przy czym z całą swoją szczerością Smith wcale nie ukrywa, że wiele aspektów osobowości jej przyjaciela, było dla niej trudne do zrozumienia i nie do pogodzenia z obrazem nieśmiałego chłopca, którego kochała.

Książka ukaże się po polsku w październiku br. (wydawnictwo Czarne). Miło mi poinformować, że autorka jest w rewelacyjnej formie i m.in. pisze scenariusz (we współpracy z John’em Logan’em) do filmowej adaptacji „Just kids”. Również w czerwcu br. ma ukazać się jej nowa płyta Banga, na której znajdzie się m.in. piosenka napisana przez Johny’ego Deep’a. Smith podobno pisze również drugą część memuarów.  I jeszcze tak przy okazji, dla tych, którzy spragnieni są wrażeń wizualnych już teraz, polecam dokument o artystce „Dream of Life„.

Pozdrawiam.M.

Z płyty Horses:

PS. Patti Smith jest również wielką fanką Kurt’a Cobain’a – polecam jeden z lepszych coverów Smells Like a Teen Spirit:

* wszystkie tłumaczenia własne

** artykuł Jerzego Jarniewicza, Książki.Magazyn do czytania, nr 2 (2011).