Sypialniany pop Jay Som

Jeszcze do niedawna, kiedy ktoś pisał i nagrywał piosenki w sypialni do szuflady, w większości przypadków w tej szufladzie zostawały, ewentualnie poznawało je niewielkie grono znajomych. Dzisiaj, dzięki technologi cyfrowej i Internetowi, nie tylko takie nagrania mogą z łatwością trafić w kilka minut na drugi koniec świata, ale również domowe studio wcale nie oznacza nagrania w złej jakości.

Historia Meliny Duterte, lepiej znanej jako Jay Som, to już standard muzycznego self-made sukcesu ostatnich lat; artystka najpierw wrzuciła kilka utworów demo na swój profil na Bandcamp’ie, a kiedy zyskała uznanie wśród społeczności internetowej, odezwały się do niej wytwórnie płytowe z propozycją wydania ich w dopieszczonej i profesjonalnej wersji, która ostatecznie zaistniała jako album Turn Into.

Ja w sieci zupełnie przypadkiem trafiłam na najnowszy, drugi album Jay, zatytułowany Everybody Works i muszę przyznać, że nie od początku potraktowałam go z należytym szacunkiem. Ot, kolejny dream pop nagrany w sypialni, świetna „muzyka w tle” przy pracy czy do tramwaju. Dopiero z czasem dotarły do mnie ciekawe niuanse tego albumu, jego dopracowanie i spora różnorodność utworów, przy jednoczesnej spójności całego wydawnictwa. Znajdziemy na nim i folk, i trochę cięższych, shoegaze-owych gitar, i trochę funku – innymi słowy, dla każdego coś miłego, w dodatku o poziomie złożoności, który sprawia że bardzo trudno uwierzyć, że mamy do czynienia z solowym projektem.

Album jest w całości dostępny do posłuchania online – kilka razy, potem Bandcamp prosi, żeby otworzyć serce i portfel. Sama tak zrobiłam i polecam bardzo, bo Everybody Works to jedna z tych płyt, która zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem. M.

Czy teksty piosenek są poezją, czyli kontrowersje wokół literackiej Nagrody Nobla dla Boba Dylana

Jakoś tak się zbiegło w czasie, że tuż przed ogłoszeniem decyzji o przyznaniu literackiej Nagrody Nobla dla Boba Dylana przeczytałam esej napisany jeszcze w 1967 roku przez Roberta Christgau pt. „Teksty piosenek rockowych są poezją (chyba)” (Rock lyrics are poety (maybe))”. Głównym bohaterem tekstu jest oczywiście Bob Dylan – krytyk już w drugim akapicie zauważa, że “Autorem piosenek, który najbardziej wydaje się być poetą jest Bob Dylan”.*

Konstruując swój wywód Christgau, przeprowadza luźną analizę zależności pomiędzy poezją a utworami muzycznymi,  m.in. na przykładzie utworu „My Black Pages: „My Black Pages jest słabym wierszem. Ale jest dobrą piosenką, z zapadającym w pamięć refrenem. Muzyka łagodzi nasze wymagania, ważność treści w jakiś sposób wyrównuje niedostatki, a wykonanie Dylana – który brzmi jakby śpiewał hymn na pogrzebie – dodaje utworowi złowróżbnej powagi, której słowa w sobie nie zawierają.

Bob Dylan, Eric Clapton, George Harrison, Tom Petty, Roger McGuinn – My Black Pages (live)

Dalej autor pisze:

„Powtórzmy: Dylan jest tekściarzem, nie poetą. Kilka z jego najlepszych dzieł: „Don’t Think Twice” czy „Just Like a Woman” są wystarczająco dobre, aby obronić się na papierze. Ale są to wyjątki.”

„Innowacją Dylana jest to, że śpiewa, co jest dobrym sposobem, żeby „nadać odpowiedni ton”, ale nie wystarczy, żeby  „zrewolucjonizować nowoczesną poezję”. Być może zaczął coś równie dobrego, ale współczesna poezja daje sobie radę sama, dzięki.”

Później zauważa jednak:

 „Być może jestem zbyt surowy. Współczesna poezja radzi sobie bardzo dobrze, na swoich własnych zasadach, ale w kontekście tego jak wpływa na nas, a nawet na mowę z której czerpie, wygląda to trochę blado. […] Być może piosenki – mimo, że są tylko piosenkami – mogą być niedługo ważniejsze niż wiersze, nie ważne, że są o wiele łatwiejsze.”

 „Kiedyś istnieli bardowie, którzy robili coś cudownego – zapewniali dostęp do literatury niepiśmiennym. Bardowie stali się poetami, ale poezja, która stała się ich środkiem wyrazu, stała się również ich końcem”

Ale zaraz szybko też dodaje:

„Nowi tekściarze uważają, że bardowie są znowu potrzebni i mają rację, ale tradycje trubadurskie są bardzo słabe. Większość z nich (…) wygłasza idee innych ludzi, słowami innych ludzi.”

Po przeczytaniu całego eseju mam wrażenie (choć być może niesprawiedliwe), że autor chciał sobie ponarzekać, na czym to świat stoi, i że ludzie nie czytają poezji, i w ogóle większość współczesnych to półanalfabeci (słowo „semiliteracy” pada w tekście kilkukrotnie). Nic dziwnego, że wszyscy lubią piosenki, o wiele łatwiej je przecież i napisać, i kontemplować, bo wszelkie niedoróbki tuszuje muzyka, rytm i energia. Co prawda teraz tekściarze uważają się za bardów, którzy niosą poezję w ciemny lud, więc może to dobrze. Może trochę są poetami. Może faktycznie współczesna poezja, nie ma aż takiego przebicia, ani wpływu na współczesny język, ale…

No właśnie, co ale?  Robert Christgau już na samym początku asekuruje się, że będzie używał kategorii (jak „poezja” czy „rock”) w sposób bardzo swobodny. A wydaje mi się, że ciężko rozmawiać o tym, czy twórczość  Boba Dylana (czy innych „tekściarzy”) jest poezją czy nie, jeżeli najpierw nie zdefiniujemy czym jest poezja. Nie jestem filologiem, ale nawet dla laika większość tekstów piosenek podpada raczej pod kategorię liryki niż prozy. Klasyfikacja, którą usiłuje zastosować Christgau „czy obroni się na papierze czy nie” odnosi się przecież do jakości, a nie rodzaju prezentowanego tekstu.

Pytanie czy Dylan jest poetą czy nie, jest o tyle problematyczne, że wymaga najpierw odpowiedzi na o wiele większe pytania: o sens, formę, intertekstualność i  egalitaryzm – nie tylko poezji czy muzyki, ale sztuki w ogóle. Zwłaszcza w dzisiejszych, postmodernistycznych czasach, kiedy wydaje się, że już wszystko przemieszało się ze wszystkim.

bob-2-dont-think-twice

Dzisiaj, prawie 50 lat po opublikowania tekstu Roberta Christagu, w świetle przyznania Dylanowi literackiej Nagrody Nobla, pytanie czy teksty utworów są poezją, wraca jak bumerang. A bardzo enigmatyczne uzasadnienie Akademii Szwedzkiej dlaczego przyznała nagrodę –za stworzenie nowej poetyckiej ekspresji, która wpisała się w wielką tradycję amerykańskiej pieśni”– sprawy nie rozwiązuje.

Decyzja Akademii wywołała oczywiście sporo kontrowersji, najczęściej związanych ze wspomnianą przez Christgau kwestią obronienia się na papierze czyli klasyfikacją jakościową tekstów Dylana – która chyba przecież powinna mieć znaczenie przy przyznawaniu nagród literackich? Poniżej niewielka część wypowiedzi, które pojawiły się po ogłoszeniu werdyktu:

Bob Dylan jest bardzo dobrym autorem piosenek, które towarzyszą mi całe życie. Zastanawiam się jednak, czy jest to poezja. Gdy czytam jego teksty bez muzyki bardzo dużo tracą” – Svante Weyler, szwedzki krytyk

„To jest zaskakujące i żenujące właściwe, bo oczywiście można kochać jego ballady, i to jest jasne, ale jeżeli oceniamy aż tak wysoko proste teksty ballad, no to już jesteśmy gdzie indziej. Koniec i kropka.” – Paweł Huelle

„Jeśli Dylan jest poetą, to ja jestem koszykarzem.” – Norman Mailer

Oczywiście nie brak też głosów poważnych literaturoznawców broniących jakości liryki Dylana:

Twórczość Boba Dylana to prawdziwa, intrygująca poezja. To jedna z najlepszych decyzji Akademii Szwedzkiej. Dylan jest niesłychanie wykształconym poetą. W jego twórczości da się odnaleźć wpływy francuskich poetów: Rimbauda, Apollinaire’a, ale także Amerykanów. To nie jest tylko muzyk rockowy. To niezwykły twórca, potrafiący połączyć najróżniejsze wpływy.” – Jerzy Illg

Uhonorowanie Boba Dylana nagrodą Nobla w dziedzinie literatury to poszerzenie spektrum tego, co uważa się za literaturę czy poezję i dostrzeżenie, że w muzyce popularnej jest dużo rzeczy wartościowych. To jest nagroda literacka sensu stricte. To dostrzeżenie, że istnieje osobny gatunek literacki, który nazywa się tekst piosenki” – Piotr Merz

Bob Dylan – Hurricane

Patti Smith, którą zazwyczaj stawia się razem z Dylanem w szeregu najlepszych „song-writerów”, uważa siebie przede wszystkim za poetkę, wręcz twierdzi, że „nie jest muzykiem”. W drugim już zbiorze wywiadów z „tekściarzami” autorstwa Paula Zollo „More Songwriters on Songwriting” Patti Smith opowiada o tym jaka jest dla niej najważniejsza różnica pomiędzy pisaniem wierszy a piosenek:

Kiedy siadam, żeby napisać wiersz, nie myślę o nikim. Nie myślę o tym jak zostanie odebrany. Nie myślę czy uszczęśliwi lub zainspiruje innych ludzi. Jestem wtedy w innym świecie. Świecie kompletnej samotności. Poezja jest samotnym procesem. Piosenki są dla ludzi. Kiedy piszę piosenkę wyobrażam sobie jej wykonanie. Wyobrażam sobie jej przekazywanie. To jest inny rodzaj komunikacji. Dla innych. Zawsze piszemy pewną część poezji dla mas. Kiedy Allen Ginsberg napisał “Skowyt”, nie pisał dla siebie; pisał, żeby coś głośno wyrazić. Żeby wykonać ruch, żeby obudzić innych. Myślę, że rock&roll, jako nasz kulturowy głos, skorzystał z tej energii i sprawił, że [przekaz] stał się jeszcze bardziej dostępny.

Słynna rada Mayi Angelou brzmi; kiedy ludzie mówią Tobie kim są – uwierz im. Co w takim razie ma na swój temat do powiedzenia sam Dylan? Jak na jednego z najbardziej enigmatycznych i zmiennych artystów przystało odpowiedź brzmi – to zależy. Podczas konferencji prasowej, która odbyła się w 1965 roku w San Francisco, na pytanie „czy myślisz o sobie przede wszystkim jako o poecie?” Dylan odpowiedział: “Myślę o sobie bardziej jako o człowieku piosenki i tańca.” Na to samo pytanie, zadane w wywiadzie przeprowadzonym w tym samym roku przez Norę Ephron i Susan Edmiston, odpowiedział bardziej wprost: „Nie. […] Nie nazywam siebie poetą, bo nie lubię tego słowa. Jestem akrobatą na trapezie.

Ale już w wywiadzie dla Melody Maker, przeprowadzonym 13 lat później Dylan stwierdza: „Myślę o sobie przede wszystkim jako o poecie, dopiero później muzyku. Żyłem jak poeta i umrę jak poeta.”

bob-1-im-a-poet

Hmm… to może odpowiedź uzyskamy, jak nie od samego artysty, to od jednego największych znawców jego twórczości. Ale Greil Marcus, krytyk muzyczny i „dylanolog”, którego teksty o artyście zostały ostatnio zebrane w jeden, prawie 500-stronicowy tom („Bob Dylan by Greil Marcus: Writings 1968-2010”), twierdzi, że pytanie czy Dylan jest poetą, nie interesuje go, ba, jest stratą czasu. W wywiadzie dla Los Angeles Review of Books, z października tego roku, stwierdza:

Zawsze uważałem, że agitowanie, żeby zdobył Nagrodę Nobla nie miało dużo wspólnego z Bobem Dylanem jako takim. […] Ludzie przez lata promowali Boba Dylana jako kogoś kto musi wygrać Nagrodę Nobla – i zawsze uderzało mnie, że to raczej ci ludzie potrzebowali walidacji dla swojego uwielbienia i obsesji na punkcie Dylana. Chcieli aby komisja noblowska uwierzytelniła ich i ich powagę. Zawsze wydawało mi się to dosyć śmieszne. On tego nie potrzebuje.

Czy więc jak powiedział kiedyś Richard Hell (Television, Richard Hell and The Voidoids), prawdą jest, że „porównywanie poezji i tekstów rockowych to nie to samo co porównywanie jabłek i pomarańczy, a raczej jabłek i szarlotki”? I że choć obie formy „mają coś fundamentalnego co je łączy, porównywanie ich nie ma sensu”?

Ze wszystkich rozważań, roztrząsających czy teksty piosenek są poezją czy nie i czy w związku z tym Dylanowi należy się Nobel czy nie, najbardziej rozstrzygającym i przekonującym jest dla mnie artykuł autorstwa Sama Leith’a, który ukazał się ostatnio w The Telegraph. Przywołując wszystkie argumenty, o których pisałam wyżej, autor zauważa, że:

Poezja i piosenka – jako dwa główne rytmiczne zastosowania języka – mają jeden rodowód i sporo wspólnego. Ale nie są tym samym. […] Dylan ukuł frazy, wersy, całe piosenki, które są “jak poezja”. Jego gra słowami, jest jak gry słowne, które odnajdujemy w wierszach. […] Rzecz w tym, że poezja – przynajmniej w formie o której mowa tutaj – dostarcza swojej własnej muzyki. Cały zakres doświadczenia jest więc przed naszymi oczami, na kartce papieru.

Dalej autor wymienia co może poezja, a czego nie może piosenka („zabawy typograficzne wydają się najbardziej oczywistym przykładem, ale również pauzy, które są wyraźnie nie-muzyczne, a także stopień koncentracji i kompleksowości, który nie jest możliwy do wychwycenia przy pomocy tylko słuchu”), i odwrotnie co może piosenka, a czego nie może poezja (pewne zmiany rytmu, których nie słowa nie są w stanie przekazać, i to na co wskazywał Christgau – piosenka ma o wiele większą tolerancja na powtórzenia, banalność i wszystkie wypełniacze w stylu „szalala”).

W podsumowaniu swojego wywodu Sam Leith przytacza jeszcze jedno obrazowe porównanie: zrównywać te dwie formy, to jak uważać, że komiks jest powieścią lub filmem. Nie jest. Jest oddzielnym medium.

Wychodzi na to, że jakby się tu nie nagimnastykować i desperacko doszukiwać analogii, drogi poezji i pieśni rozeszły się już dawno temu i piosenka stała się oddzielnym, autonomicznym medium. A Bob Dylan gra w tej historii kluczową rolę, ponieważ jest jednym z pierwszych artystów, który przez swój kunszt sprawił, że piosenka odebrała prym poezji. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Albo o władzę. Ponieważ od kilkudziesięciu lat przynajmniej, to muzycy i tekściarze, a nie poeci, władają naszą zbiorową świadomością. To przede wszystkim piosenkarze mówią o rzeczach ważnych (nieważnych zresztą też), rządzą naszą wyobraźnią, władają rzędem dusz. To muzycy są idolami nastolatek (i nie tylko), w pokojach wiszą plakaty wokalistów, nie portrety poetów, i wydaje nam się, że to Bowie, a nie Goethe, wie jak najlepiej wyrazić nasze cierpienia. I to twórczość Boba Dylana – cała twórczość: teksty, muzyka, performance oraz image – były jedną z przyczyn tego kulturowego puczu. Jak pisze Max Cegielski w swoim „Leksykonie buntowników”: „Z dzisiejszej perspektywy muzyk jest wręcz archetypicznym wzorem wolności artystycznej i osobistej (…). Przed [Dylanem] taką funkcję społeczną miały tylko literatura i sztuka piękna, po Dylanie większość młodych buntowników szukała spełnienia w rocku.” I dalej: „[to] Po jego protest songach, śpiewanych milionom i sprzedających się w zawrotnych nakładach, nie wypada już śpiewać tylko o miłości”.

Bob Dylan – Don’t Think Twice

Fakt, walka między poezją a piosenką nie wydaje się sprawiedliwa – w końcu ze swoją muzyką, energią, ze swoim duu-łab-dibi-doop piosenka na pewno jest łatwiejsza – czytaj: podrzędna w stosunku do poezji – i w napisaniu i w odbiorze. Ale czy na pewno? Myślę, że wielu z Was napisało kiedyś wiersz, ale czy wielu napisało piosenkę? I czy wartościowanie co jest wyższą/większą sztuką: wyhodować smaczne jabłko czy upiec rewelacyjną szarlotkę, naprawdę ma sens?

Ale znowu zbaczamy w obszar pytań egzystencjalnych. Rozpisałam się i tak już okropnie, dlatego spróbuję w końcu szybko podsumować wszystkie za i przeciw, i odpowiedzieć chociaż na najważniejsze pytania, które wypłynęły po ogłoszeniu decyzji komitetu noblowskiego:

Czy literacka Nagroda Nobla należy się Dylanowi?

Raczej tak, chociażby ze względu na wpływ jaki jego utwory miały na język, którym posługujemy się na co dzień. Oraz na styl życia i kulturę, jego i wszystkich kolejnych pokoleń.

Czy decyzja oznacza coś nowego dla literatury?

Na pewno, w końcu rozszerza pojęcie „literatura” (przynajmniej dla członków Akademii Szwedzkiej) o nowe medium. Kto wie może kiedyś i za komiks (powieść graficzną) ktoś dostanie Nobla (Alan Moore!).

Czy decyzja przyznania literackiego Nobla Dylanowi jest kontrowersyjna?

Odpowiem przewrotnie, parafrazując Natalie Kon-yo: Nie. Nagroda została przyznana po raz kolejny białemu mężczyźnie. W 115-letniej tradycji literackiego Nobla kobiety były laureatkami tylko 14 razy.

Najwyraźniej czasy nie zmieniają się aż tak szybko, jak się o tym śpiewa… M.

bob3 

* wszystkie tłumaczenia własne

Gdzie Zachód spotyka Wschód: muzyka Robbie Basho

Robbie Basho to jeden z tych enigmatycznych geniuszy, którzy nie cieszą rozgłosem jaki ewidentnie powinien im towarzyszyć. Obok Johna Fahey (zresztą dobrego przyjaciela Basho, o którym również planuję kiedyś napisać) to jeden z pionierów metody grania na gitarze tzw. fingerstyle lub fingerpicking. Taki styl grania polega na dodatkowym szarpaniu palcami każdej struny oddzielnie (a nie tylko zmiany akordów na gryfie, przy dość swobodnym uderzaniu we wszystkie struny drugą ręką), co powoduje efekt, jakby grało kilka instrumentów, a nie tylko pojedyncza gitara. Poza osiągnięciem mistrzostwa w takim stylu grania (który jak się domyślacie jest o wiele trudniejszy do opanowania), Robbie Basho posiadał niesamowity, wręcz operowy głos, a w dodatku całe swoje życie był zainteresowany muzyką Azji, która jak wiadomo ma zupełnie inny system dźwiękowy – zachodni system, dzieli oktawę na 12 równych części czyli półtonów, podczas gdy w muzyce hinduskiej oktawa dzielona jest na 22 części, na dodatek części te nie są równe. Z kolei dawna muzyka perska dzieliła oktawę na 23-24 nierówne części, a arabska na 17 części. Basho deklarował, że przeszedł w swoim życiu różne okresy fascynacji muzyką i filozofią, m.in. japońską, hinduską, perską czy rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej.

Robbie Basho – Blue Crystal Fire

Jednym z celów i ambicji Basho było, aby gitara akustyczna stała się poważanym, koncertowym instrumentem. Drugim było stworzenie amerykańskiego systemu raga. Jak mówi Wikipedia „raga to w klasycznej muzyce indyjskiej typ melodii i tonu o charakterystycznym wyrazie emocjonalnym, stanowiący podstawę do improwizacji muzycznej. Utwory klasyfikowane są jako męskie (raga) i żeńskie (ragini), odpowiadają im określone bóstwa, często przedstawiane w formie artystycznej, nazywane również raga lub ragini. Skodyfikowane ragi stanowią kanon w muzyce indyjskiej„. Aby osiągnąć swój cel Basho pobierał lekcje gry na indyjskim instrumencie zwanym sarod, a także opanował grę na 12 strunowej gitarze. Jedną z inspiracji była dla niego oczywiście muzyka Ravi’ego Shankar’a.

Robbie Basho – Night Way

Urodził się w Baltimore, w 1940 roku. Osierocony w wieku niemowlęcym, został adoptowany przez rodzinę Robinsonów. Gitarą akustyczną zainteresował się dopiero w college’u, pod wpływem grupy przyjaciół, m.in. Johna Fahey’a właśnie. Również wtedy zainteresował się kulturą Wschodu, i zmienił nazwisko na Basho, jako wyraz uznania dla japońskiego poety Matsuo Basho – którego stwierdził, że jest inkarnacją, po długiej nocy na szczycie wzgórza i dużej ilości peyotlu. Po tym zdarzeniu nękały go zresztą narkotykowe „flashback’i”. Wtedy też spotkał innego gitarzystę Hanka Mindlin’a, wyznawcę Meher Baba*, indyjskiego mistrza duchowego, znanego ze stanowczego stanowiska przeciwko stosowaniu narkotyków, jako środka do osiągnięcia duchowego oświecenia. Basho zastosował się do nauk Baby, dodał do tego odpowiednią dietę, sen i ćwiczenia. „Flashback’i” zostały wyleczone, a Basho dołączył do szkoły duchowej Meher Baby, wykładającej nowy sufizm (Sufism Reoriented). Po tym zdarzeniu Basho odmawiał uczenia gitary studentów, którzy zażywali narkotyki. Szkoła Baba zajęła się egzekucją testamentu Basho po jego śmierci i wciąż ma prawa do części nagrań. Gdzie znajdują się gitary i inne przedmioty należące do muzyka, wciąż pozostaje tajemnicą.

Robbie Basho – Orphan’s Lament

Robbie Basho zmarł nagle w wieku 45 lat, na stole kręgarza, podczas dziwnego wypadku. Podobno kręgarz przeprowadził eksperyment i spowodował intencjonalnie tzw. whiplash (to niemedyczny termin, który w języku polskim nie ma odpowiednika – chodzi o „strzelenie jak z bicza” głową i spowodowany tym uraz lub złamanie kręgosłupa szyjnego. Częste urazy tego typu podczas wypadków samochodowych doprowadziły do wynalezienia i obowiązkowego montowania w samochodach zagłówków). W wypadku Basho zastosowana technika doprowadziła do pęknięcia tętnic szyjnych, co spowodowało nagłe uwolnienie krwi do mózgu i w konsekwencji udar, który doprowadził do jego śmierci. Przypadek ten był o tyle dziwny, że tak delikatne arterie podobno nie zdarzają się u osób tak młodych. Biegli ocenili, że szansa takie zdarzenie wynosiła 1 do 4 milionów.

Robbie Basho – Moving Up A’Ways

W tamtym czasie świat nie był gotowy ani na muzykę, ani na styl życia Basho, który można określić jako bardzo new-age’owski. Ale choć cierpiały z tego powodu i ego, i konto bankowe artysty, pozostał on wierny sobie i swojej sztuce.

Powoli, powoli, gdzieś tak od początku naszego wieku, świat ponownie zwraca uwagę zarówno na niesamowitą muzykę Robbiego Basho, jak i na stosowany przez niego styl gry na gitarze. W 2013 roku, po ponad 30 latach od wyczerpania się nakładu, niewielka niezależna wytwórnia Windham Hill Records zremasterowała i ponownie wprowadziła do obiegu jego 10-ty album „Visions of The Country” (1978), a w listopadzie 2015 roku miała miejsce premiera filmu dokumentalnego „Voice of The Eagle: The Enigma of Robbie Basho” (który niestety do Polski jeszcze nie dotarł).

Zwiastun „Voice of the Eagle: The Enigma of Robbie Basho”

Muzyka Basho wciąż pozostaje jedyna w swoim rodzaju i jest tak samo jak jego postać: tajemnicza, oryginalna i intrygująca. Jego głos ciężko nazwać ładnym – jest trudny, żarliwy, naśladujący indiańskie lub indyjskie „zawodzenie”. Definitywnie nie jest to muzyka, którą puścilibyście na imprezie lub na randce. Ale i tak wciąga, hipnotyzuje, i porusza najgłębsze pokłady emocji. Wydaje mi się, że jedyne słowo, które oddaje jej sprawiedliwość to: niesamowita. Tak. Muzyka Robbiego Basho jest niesamowita. M.

*Jak już mowa o muzyce i Meher Baba, warto wspomnieć, że jego częste powiedzenie „Don’t worry, be happy” stało się inspiracją dla powstania największego przeboju Bobby’ego McFerrina pod tym samym tytułem. Jego filozofia zainspirowała również Pete’a Townshenda z The Who do napisania słynnego „Baba O’Riley„.