Śpij dobrze bestio, czyli nowy album The National już we wrześniu!

Zakrawa na skandal (przynajmniej w mojej głowie), że 3 dni temu ukazał się już drugi singiel zapowiadający nowy album The National, a ja jeszcze słowa na ten temat nie napisałam! Zwłaszcza, że „Sleep Well Beast”  ma już nie tylko ustaloną datę premiery – 8 września – ale też ustaloną już całą listę utworów, oprawę graficzną i rozpisaną trasę koncertową (gdzie w wielu miejscach bilety już oczywiście wyprzedano…). No i jak wspomniałam, można już usłyszeć nie jeden, ale dwa utwory promujące nowy album. Zaiste mały, MAriOLowy skandal.

Album nagrywany był w nowym studiu zbudowanym przez Aarona Dessner’a, opisywanym jako „coś pomiędzy garażem a kościołem”. Opis ten zadziwiająco dobrze pasuje do pierwszego singla „The System Only Dreams in Total Darkness” , który okazał się na początku maja. Przyznam, że chyba poza gitarowym solo (choć w sumie dla The National to pierwszyzna), raczej trudno jest dopatrzeć się w nim zapowiadanego powrotu do wcześniejszego, „bardziej brudnego” brzmienia. Utwór jest raczej logiczną kontynuacją łagodniejszych kompozycji prezentowanych na ostatnich dwóch albumach zespołu.

Dopiero na drugim singlu „Guilty Party” , który swoją drogą rozpoczyna też zaskakujący electro bit, odnaleźć można trąbki i gitary, znajome z „Boxer’a”, a nawet „Alligator’a”, na co przyznam, że jako wieloletnia fanka z utęsknieniem czekałam. Do tego trochę elektronicznych wstawek charakterystycznych dla muzyki indie z początków lat 2000 i bang, sprzedane!

Chyba nawet nie muszę wspominać, jak bardzo nie mogę doczekać się, kiedy w końcu usłyszę całość? Podobno tym razem, zarówno przez brak pośpiechu (na który po 20 latach grania The National na pewno zasłużyli) oraz przez specyfikę studia Aaron’a, położonego w sielankowym otoczeniu, zespół miał więcej czasu na dopieszczenie wszystkich dźwięków, ale jednocześnie na możliwość „rozluźnienia się, na więcej dźwięków, które gdzieś tam sobie rozbrzmiewają we mgle” .

Zapytany o tytuł wokalista Matt Berninger odpowiedział „Wydaje się, że w obecnych czasach wszyscy mamy tendencję do hibernowania się, kiedy sprawy stają się dziwnie popieprzone. To ucieczka w sen, ale bestia w tym kontekście nie jest rzeczą negatywną; to przyszłość. Wszyscy mamy dzieci, i kiedy patrzę na nasze dzieci… Przed nimi stoi prawdziwe wyzwanie, ale mimo wszystko moje odczucia co do przyszłości są pozytywne. Bestia czeka, aż młodość się przebudzi.”

The National – „Sleep Well Beast”, premiera 8 września 2017:

01. Nobody Else Will Be There
02. Day I Die
03. Walk It Back
04. The System Only Dreams In Total Darkness
05. Born To Beg
06. Turtleneck
07. Empire Line
08. I’ll Still Destroy You
09. Guilty Party
10. Carin At The Liquor Store
11. Dark Side of the Gym
12. Sleep Well Beast

Sypialniany pop Jay Som

Jeszcze do niedawna, kiedy ktoś pisał i nagrywał piosenki w sypialni do szuflady, w większości przypadków w tej szufladzie zostawały, ewentualnie poznawało je niewielkie grono znajomych. Dzisiaj, dzięki technologi cyfrowej i Internetowi, nie tylko takie nagrania mogą z łatwością trafić w kilka minut na drugi koniec świata, ale również domowe studio wcale nie oznacza nagrania w złej jakości.

Historia Meliny Duterte, lepiej znanej jako Jay Som, to już standard muzycznego self-made sukcesu ostatnich lat; artystka najpierw wrzuciła kilka utworów demo na swój profil na Bandcamp’ie, a kiedy zyskała uznanie wśród społeczności internetowej, odezwały się do niej wytwórnie płytowe z propozycją wydania ich w dopieszczonej i profesjonalnej wersji, która ostatecznie zaistniała jako album Turn Into.

Ja w sieci zupełnie przypadkiem trafiłam na najnowszy, drugi album Jay, zatytułowany Everybody Works i muszę przyznać, że nie od początku potraktowałam go z należytym szacunkiem. Ot, kolejny dream pop nagrany w sypialni, świetna „muzyka w tle” przy pracy czy do tramwaju. Dopiero z czasem dotarły do mnie ciekawe niuanse tego albumu, jego dopracowanie i spora różnorodność utworów, przy jednoczesnej spójności całego wydawnictwa. Znajdziemy na nim i folk, i trochę cięższych, shoegaze-owych gitar, i trochę funku – innymi słowy, dla każdego coś miłego, w dodatku o poziomie złożoności, który sprawia że bardzo trudno uwierzyć, że mamy do czynienia z solowym projektem.

Album jest w całości dostępny do posłuchania online – kilka razy, potem Bandcamp prosi, żeby otworzyć serce i portfel. Sama tak zrobiłam i polecam bardzo, bo Everybody Works to jedna z tych płyt, która zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem. M.

O muzycznej telepatii i etiopskim jazzie, czyli Mulatu Astatke na festiwalu Inne Brzmienia

Znacie to uczucie, kiedy świat popycha Was w jakimś kierunku, tak długo, aż nie zauważycie czegoś ważnego tuż przed Waszym nosem? Na przykład kiedy z trzech różnych źródeł w ciągu tygodnia słyszycie o miejscu na Ziemi, o którym wcześniej nie mieliście pojęcia, a nagle wszystko wygląda na to, że spędzicie tam najbliższe chwile. Albo kiedy w kilku artykułach o różnej tematyce pada nazwisko autora książki wydanej 100 lat temu i już wiecie, że będziecie musieli ja przeczytać. Albo kiedy nagle i w filmie, i na playliście ulubionego artysty słyszycie po raz pierwszy muzykę, która już nie daje Wam spokoju, którą słuchacie na „repeat” przez miesiąc, po czym nagle dowiadujecie, że autor muzyki przyjeżdża na festiwal, na który już macie wykupioną miejscówkę? Mnie takie rzeczy zdarzają się zadziwiająco często…

Przyznam się bez bicia, że jazzu dopiero się uczę. Lubię, nawet niekiedy uwielbiam, ale mam wrażenie, że to rodzaj muzyki, który najwięcej frajdy sprawia grającemu. Słuchacz musi się w nią wgryźć, nadążyć, czasem włożyć spory wysiłek, żeby zrozumieć co autor miał na myśli. Albo czego nie miał, bo po prostu grał, w dupie mając kompozycję czy melodię, bo chodziło o rytm, o trans, o radość z puszczania melodii w eter.

Z kolei z muzyką tzw. world, czyli etniczną problem jest inny – czasem po prostu ciężko się odnieść do czegoś, co jest całkowicie różne od naszego dotychczasowego doświadczenia.

I oto słyszę totalny miks, praktycznie oddzielny gatunek, która miesza jazz i etiopskie rytmy, gatunek stworzony przez jednego człowieka – i już wiem, że wpadłam. Płyta Mulatutu Astatke „New York – Addis – London: The Story of Ethio Jazz 1965-1975” robi za mój życiowy soundtrack od 2 miesięcy i dzisiaj słyszę co? Mulatu Astatke przyjeżdża na Festiwal Wschód Kultury –  Inne Brzmienia. Będę mogła usłyszeć go na żywo. Aha i czy wspominałam, że festiwal jest za darmo?

A u Was jak? Wiosna też w końcu przyszła? M.