Punk widzenia

Dzisiaj o trzech zespołach około-punkowych, które ostatnio królują na moim odtwarzaczu, i które są niezbitym dowodem na to, że „punk is not dead (although it did evolve a little)”.

Na pierwszy ogień pójdzie zespół najbardziej rockowo-melodyjny, prawie że pop-punk czyli Potty Mouth (na polski to trochę trudno przetłumaczyć, potty mouth to ktoś kto non stop bluzga, w wolnym tłumaczeniu rynsztokowe usta). Dziewczyny z Northampton, Massachusetts grają mocno i brudno, i choć nie jest to wielce oryginalna twórczość, na pewno jest to rockowo-punkowy hałas, którego dobrze się słucha. Najbardziej punkowa jest warstwa tekstowa (anty-sexizm, anty-agezim, anty-małomiasteczkowość), choć w utworze „Black and Studs”, ze swojej debiutanckiej płyty „Hell Bent”, dziewczyny kwestionują nawet punk, jako kolejny przyczółek konformizmu młodych ludzi, którzy za wszelką cenę chcą gdzieś przynależeć, bez głębszej refleksji dotyczącej samej ideologii.

 

Drugi zespół orbituje zdecydowanie bardziej w stronę hałasu (noise), co w zestawieniu z głosem i wyglądem wokalistki, a także nazwą zespołu – Perfect Pussy (ang. perfekcyjna cipka) daje piorunujący efekt. Szczekający, wielokrotnie nałożony na siebie głos wokalistki razem z kakofonicznymi klawiszami, które nakładane są na czyste, melodyjne nagranie gitar i perkusji sprawiają, że całość przypomina trochę początki Sonic Youth. Dodatkowo, warto zwrócić uwagę, że choć Meredith Graves wykrzykuje słowa w sposób zazwyczaj niezrozumiały, nie oznacza to, że nie są one warte uwagi – słuchając ich debiutanckiej płyty „Say Yes To Love” warto prześledzić wkładkę z tekstami, które są często bardzo mroczne i do bólu szczere.

Perfect Pussy zagoszczą na OFF Festiwalu, z czego jestem niezmiernie rada zwłaszcza, że co by nie było, punka najlepiej słucha się na żywo.

Wokół zespołu Eagulls zrobiło się głośno z dwóch powodów – po pierwsze zagrali dla Bill’a Murray’a w jego urodziny, podczas popularnego programu telewizyjnego Late Show with David Letterman, a po drugie, na swoim blogu, po występie na jednym z największych, amerykańskich festiwali SXSW zamieścili list, w którym obrażali absolutnie cały festiwal – organizatorów, zespoły, atmosferę, publiczność…

Chłopaki z Leeds mają na swoim koncie parę EPek i kilka singli oraz obietnicę wydania debiutanckiego albumu w tym roku. W ich muzyce, klasyfikowanej jako post-punk, słychać wyraźne echa (czy wręcz miks) zespołów takich jak Killing Joke, Joy Division czy The Cure. I choć słucha się tego świetnie, myślę że słusznie zarzuca im się brak oryginalności (co oczywiście nie wyklucza świetnego wykonania). Nie jest to jednak największy problem, nie oszukujmy się, nie o melodię czy oryginalność w punku chodzi. O wiele cięższy zarzut dotyczy braku wyraźnego przesłania – najwyraźniej śpiewanie o depresji, smutku i braku perspektyw nie wystarczy, żeby przekonać do siebie prawdziwych wielbicieli punka. Wszak zawsze ważniejszy będzie dla nich gniew, energia i postawa ‚anty’ jaką reprezentowali Sex Pistols, którzy przecież ani nie umieli grać, ani śpiewać. M.

PS. Zakładam, że nazwa Eagulls to gra słów: seagull (mewa) i eagle (orzeł), ale poprawcie mnie jeśli się mylę…

punk

Ponad 50 polskich, młodych, zdolnych za jedyne 69 zł czyli Spring Break w Poznaniu

spring break

W dniach 24 – 26 kwietnia Poznań stanie się Mekką fanów młodej, polskiej muzyki:

Spring Break Showcase Festival & Conference to pionierskie na polskim rynku wydarzenie – impreza, w ramach której koncerty młodych obiecujących zespołów sąsiadują z warsztatami i panelami dla uczestników!
Trwająca trzy dni impreza ma służyć prezentacji młodych, w tym także wielkopolskich, zespołów zarówno publiczności, jak i wpływowym osobom ze środowiska muzycznego.
Kupując karnet widzowie zyskują możliwość uczestniczenia w niemal pięćdziesięciu koncertach odbywających się w sześciu salach koncertowych w centrum Poznania!
Po raz pierwszy w Polsce widzowie będą mieli możliwość uczestniczyć w imprezie, która na zachodzie jest nieodłącznym elementem życia kulturalnego (podobne konferencje organizowane są w m.in. Niemczech, Norwegii, Holandii czy Wielkiej Brytanii).
Centrum konferencyjnym i festiwalowym imprezy będzie Centrum Kultury Zamek, w którym odbywać się będą także występy zaproszonych artystów. Inne miejsca koncertowe to kluby: Blue Note, Scena Pod Minogą, Meskalina, Dragon oraz Kawiarnia Nocna Kisielice!

Szczegółowy program godzinowy imprezy zostanie ogłoszony w marcu.”

Artyści, którzy zagrają podczas Spring Break sprawili, że już od ponad 2 tygodni mam bilet w kieszeni, a dodatkowo może się jeszcze na jakieś ciekawe prelekcje załapię – żyć nie umierać! Pozdrawiam Was wiosennie, M.

Odkrycia MAriOLi: Shakey Graves

Shakey Graves to gentleman z Teksasu.

Tak przynajmniej sam siebie opisuje Alejandro Rose-Garcia, człowiek orkiestra z perkusją w walizce, niespełniony aktor o przydomku ‚Drżące Groby’. Muzyka Shakey Graves to typowa americana, czyli tradycyjne i współczesne dźwięki ameryki północnej (miks folku, bluesa, country i rock&roll’a), ale podane w wersji low-fi, smutnej i śmiesznej jednocześnie. Głos Rose-Garcii jest melancholijny, lekki, seksowny, z angielska powiedziałoby się: very smooth. Na koncie płyta „Roll The Bones” wydana w styczniu 2011 r., oraz EPka „Donor Blues” teoretycznie wydana w grudniu 2012 r., choć w zasadzie są to utwory „nagrane w 2009, na jednym gównianym mikrofonie i przy użyciu przestarzałego oprogramowania„. Następne wydawnictwo planowane jest na ten rok, ale kiedy i co to będzie dokładnie – nie wiadomo.

Utwory Shakey Graves, w odróżnieniu od wielu innych wykonawców americany, cechuje pewna świeżość, zabawa z konwencją, jak choćby np. w utworze „The Seal Hunter” (ang. łowca fok), na który nałożony został sampel z tekstem a la pogadanka edukacyjna o seksie:

Pseudonim „Drżące Groby” powstał podczas wieczoru przy ognisku z przyjaciółmi, kiedy to zaczepieni przez włóczęgę mamroczącego do siebie pod nosem słowa jak spooky wagons (upiorne wozy) zaczęli wymyślać dla siebie ‚plemienne imiona’. Tego wieczoru Alejandro wyciągnął swoją gitarę i po raz pierwszy od dawna grał dla większej liczby osób. Po występie jakiś zachwycony, acz z lekka pijany koleś podszedł do niego i spytał jak się nazywa -„Shakey Graves”. Ksywkę podłapały kolejne osoby, i tak Alejandro postanowił zostać przy swoim plemiennym imieniu:

Muzyka Shakey Graves może nie urywa siedzącej części naszego ciała, ale jest przyjemna, niebanalna i pokazuje, że americana to niekoniecznie dwa hity wałkowane na różne sposoby (patrz: Mumford & Sons). Oraz, że wcale nie potrzeba banjo, aby opowiedzieć o smutnych losach współczesnego, Oswojonego Zachodu, na którym stada nieokiełznanych supermarketów niszczą krajobraz i dusze.

Oba albumy artysty można kupić na Bandcampie, a ja z niecierpliwością czekam na kolejne utwory. M.