Co powinni wiedzieć DJ-eje, hip-hopowcy i początkujący artyści w ogóle czyli czego można było się dowiedzieć na konferencji „Menedżer 3D, czyli trzy wymiary pracy menedżera”

W dniu dzisiejszym, podczas pierwszej edycji Targów Muzycznych Music Lab w Poznaniu odbyła się konferencja organizowana przez redakcję „Rynku Muzycznego” poświęcona trzem wymiarom pracy menadżera czyli zarządzaniu wizerunkiem, zarządzaniu twórczością i zarządzaniu eventami. Konferencja miała trwać od 11:00 do 16:00, w sumie trwała pół godziny dłużej.

Menedzer3D_logo

Pierwszy panel zatytułowany był „Zarządzanie wizerunkiem, czyli jak się sprzedać”, a wśród panelistów znaleźli się przedstawiciele prasy muzycznej, wytwórni płytowych, fotografii koncertowej, menadżerowie muzyczni i muzycy (pełna lista panelistów i program tutaj).

Dyskusja na temat wizerunku rozwijała się dosyć powoli, ale w końcu zrobiła się ciekawa, choć wnioski do zbyt odkrywczych nie należały: w różnych gatunkach muzycznych od artysty oczekuje się czegoś innego – totalnego autentyzmu (jak np. w hip-hopie) albo wręcz odwrotnie – scenicznej maski czy pozy, która albo jest kreacją artysty (to jest jeszcze OK) albo wytworem speców od PRu (wtedy zazwyczaj chodzi tylko o kasę). Omawiano również celowe wywołanie skandalu jako sposób na wybicie się, i wszyscy zgodzili się, że zazwyczaj używają tego osoby, którym przede wszystkim chodzi o popularność i pieniądze, a nie o dobrą muzykę.

Ciekawe były uwagi przedstawicieli wytwórni i prasy skierowane do młodych artystów na temat tego jak ‚dobić się’ do mediów. Najpierw mowa była o oczywistych oczywistościach, czyli najważniejszy jest dobry produkt i promocja w sieci oraz właśnie zbudowanie jakiegoś spójnego, charakterystycznego i najlepiej atrakcyjnego wizualnie imagu/wizerunku. Poza tym wskazano na problemy z brakiem oryginalności jak chodzi o pierwszą prezentację zespołu. Redaktor magazynu „Perkusista” stwierdził, że dostaje nawet kilkadziesiąt maili dziennie z biogramami nowych zespołów i większość z nich niestety brzmi tak samo: „nasz zespół powstał w … roku, jesteśmy z miasta …, jesteśmy po szkołach …., gramy na …, gramy muzykę z gatunku ….” Marcin Bąkiewicz, który pracował dla takich telewizji muzycznych jak MTV czy RBL.TV, stwierdził, że kiedy siadali do przeglądania nowych, nadesłanych teledysków, video miało jakieś pierwsze 15-30 sekund, żeby zainteresować redakcję, później było wyłączane. Anna Oszajca radziła, aby najpierw zainteresować sobą mniejsze portale, radia, itp, ponieważ jeżeli artystą zainteresują się media ‚niezależne’, media mainstreamowe po prostu to podchwycą. Wspominano również o najbardziej prozaicznym i mało sprawiedliwym sposobie jakim są znajomości na rynku muzycznym. Nie bez znaczenia jest również czy z artystą łatwo się współpracuje. Podsumowanie tych rad było takie: pracować, bywać, grać jak najwięcej, być oryginalnym, prezentować dobrą muzykę, pracować, być miłym, budować nie ‚bazę fanów’ tylko wierną publikę, no i pracować. Innymi słowy – łatwizna.

Drugi panel zatytułowany był „Zarządzanie twórczością, czyli pieniądze na wyciągnięcie ręki” i był chyba najbardziej konkretny, a najczęściej ‚wywoływanym do odpowiedzi’ panelistą był przedstawiciel ZAiKSu. Ciekawe były również wypowiedzi przedstawiciela Independent Digital, firmy która zajmuje się pozyskiwaniem oraz dystrybucją treści w formatach cyfrowych – ale ponieważ serwisom streamującym muzykę planuję poświęcić oddzielny wpis, skupię się tutaj na innych kwestiach.

1) Na początku omawiane były kwestie związane ze zbieraniem tantiem przez ZAiKS w imieniu artysty, w kontekście zarobków muzyka, który przede wszystkim rzecz jasna i tak zarabia na koncertach (plus mały procent ze sprzedaży płyt, plus mały procent z tantiem). Oczywiście pojawiły się zarzuty co do trudności procedur, zarówno podczas składania wniosku dot. autorstwa utworu jaki i odbierania tantiem. Dowiedziałam się, że artysta, który składa wniosek musi udowodnić swoje autorstwo utworu, przedkładając tzw. fortepianówkę, czyli zapis nutowy utworu. Oczywiście, w dzisiejszych czasach znajomość zapisu nutowego do tworzenia muzyki absolutnie nie jest konieczna, także przedłożenie takiego wniosku może niektórym sprawiać wiele trudności. Można oczywiście zlecić komuś wykonanie takiego zapisu, ale kosztuje to 60-70zł za utwór, czyli zapis całej płyty to już koszty rzędu 700 zł. O trudnościach związanych z zapisem muzyki elektronicznej nie wspominając. Dobra wiadomość jest taka, że podobno ZAiKS pracuje już nad uproszczeniem procedur, i docelowo będzie można przesyłać po prostu utwory zapisane na płycie CD. Padły również zażalenia związane z wysokością opłat na ZAiKS (w zeszłym roku było to 17% z zebranych tantiem) – tłumaczenie było takie, że a) ZAiKS jest organizacją non-profit i cała kasa potrzebna jest na obsługę machiny chroniącej prawa artystów, b) od zeszłego roku ZAiKS musi płacić podatek VAT, i jeszcze dostosowują swoje procedury do nowej sytuacji (cokolwiek to znaczy), c) 17% to i tak jedna z najniższych stawek w Europie. Podsumowanie było takie, ze nawet jeżeli artysta nie ‚zapisze się’ do ZAiKSu dalej ma prawo do tantiem ze swoich utworów, ale raczej nie ma jak ich egzekwować, stąd mimo wszystko organizacje zbiorowego zarządzania (OZZ) są mniejszym złem. Aha i z nowych informacji –  ZAiKS podpisał umowę z Google, także zaczęły być egzekwowane tantiemy z odtworzeń na YouTube.

dj

2) W pewnym momencie padło pytanie z sali jakie licencje powinien posiadać DJ, żeby legalnie wykonywać swoją pracę i sprawa wygląda tak: po pierwsze oczywiście licencja ZPAV, którą musi posiadać każdy DJ, który na imprezie nie odtwarza muzyki z oryginalnego źródła (czyli nie przytargał do klubu 200 oryginalnych, zakupionych przez siebie płyt, a zgrał je sobie na komputer), co kosztuje 2000 zł za rok (więcej informacji tutaj). Po drugie potrzebna jest licencja na odtwarzanie muzyki na żywo – zazwyczaj posiadają ją kluby i tu wskazówka, żeby przed każdą imprezą spisać umowę z klubem, że to klub jest organizatorem wydarzenia i służy swoją licencją (już widzę jak podpisuje się takie umowy w klubie na 50 osób przed imprezą w czwartkowy wieczór). Jeżeli natomiast DJ chciałby sam zorganizować imprezę powinien zakupić cztery rożne licencje, u czterech różnych OZZ i przedstawić listę utworów, które będzie odtwarzał na danej imprezie (pikuś). Dzięki ci panie, że ZAiKS zainstalował na swojej stronie wyszukiwarkę utworów, także łatwo się dowiedzieć czy na daną piosenkę potrzebna jest licencja czy nie.

krs-one_mars_concert1

3) Jak chodzi o wykorzystanie sampli przez np. muzyków hip-hopowych – jeżeli wykorzystany sampel jest częścią innego utworu i utwór zawierający ten sampel jest rozpowszechniany publicznie – potrzebna jest licencja na wykorzystanie samplowanego utworu. Jeżeli sampel jest np. tylko linią perkusji z jakiegoś utworu teoretycznie żadna licencja nie jest potrzebna. W zasadzie w Polsce nie ma spójnego prawa dotyczącego sampli, każdy spór prawny analizowany jest indywidualnie. Na pewno nie wolno tylko wykorzystywać utworu innego artysty w sposób uwłaczający godności oryginalnemu twórcy/wykonawcy.

4) Mowa była również na temat umów podpisywanych między:

a) artystami a wytwórniami – uważnie czytać kontrakty, nie zachłystywać się tym, że ktoś po raz pierwszy, w końcu, oferuje jakieś pieniądze, dobrze poradzić się prawnika specjalizującego się w prawie autorskim. Aha i nie ma, że podpisuje się tylko jedna osoba z zespołu (bo wtedy podpisuje się tylko w swoim imieniu), chyba że ma upoważnienia na piśmie do reprezentowania pozostałych członków zespołu.

b) artystami a organizatorami koncertów – zawsze, zawsze spisywać choćby mini umowę przed każdym koncertem, co by nikt nikogo nie wychu…. Znaczy co by w razie konfliktu obie strony miały jakąś podstawę prawną do dochodzenia swoich roszczeń.

c) artystami a artystami – być może wasza przyjaźń przetrwa do końca życia, ale jak zaczniecie zarabiać pierwszą kasę, to dla świętego spokoju lepiej ustalić podział kasy, podział praw autorskich, komu należy się nazwa, itp.

Jeżeli kogoś zagadnienia związane z prawami autorskimi interesują szczególnie jeden z panelistów polecał książkę Piotra Piesiewicza „Utwór muzyczny i jego twórca”.

Nirvana contractPierwsza umowa między wytwórnią Sub Pop Record a Nirvaną

Ostatni panel dotyczył zarządzania eventami, ale tak w zasadzie debata skupiła się na temacie młodych zespołów usiłujących grać w klubach muzycznych. Główna dyskusja toczyła się między przedstawicielem klubu Blue Note w Poznaniu a członkami zespołu Lola Lynch (który wygrał tegoroczny przegląd młodych zespołów na festiwalu w Jarocinie). Wymiana zdań była zagorzała, zarzuty młodych zespołów to: brak zainteresowania ze strony klubów, brak odpowiedzi na wysyłane zapytania, niechęć klubów do płacenia przyzwoitych pieniędzy za występ. Zarzuty przedstawicieli klubów to: roszczeniowa postawa młodych zespołów dotycząca pieniędzy i absurdalnych riderów (czyli tzw. listy wymagań co do sprzętu, zaplecza, itp.), niechęć do umów typu ‚udział ze sprzedaży biletów, z gwarantowaną minimalną stawką’ (pokrywającą np. dojazd), a także przecenianie swojej wartości rynkowej. Przez wartość rynkową artysty właściciele klubów rozumieją ilość osób, które potencjalnie przyjdą na koncert. Z konkretnych informacji dowiedziałam, się że np. dla Blue Note (a jest to dość duże miejsce) artysta powinien ściągnąć przynajmniej 100 osób (choć jest to sprawa indywidualna klubu, zwłaszcza, że akurat Blue Note jest otwierany tylko na koncerty). Podsumowanie było takie: widz w Polsce w ostatnich latach zrobił się wymagający i na byle koncert nie przyjedzie, młode zespoły powinny więc budować sobie wierną publikę (tzw. „ogon”, który pójdzie za nimi wszędzie) i być chętne do współpracy na początku praktycznie za nic, bo przecież nawet Beatlesi na początku do swoich koncertów dopłacali.

Ogólne wnioski na podstawie całości wydarzenia: nie powinno się wchodzić w biznes muzyczny dla kasy, bo dobre pieniądze z tworzenia muzyki (zwłaszcza ambitnej) robią tylko nieliczni. I w dodatku jest to bardzo ciężka praca i nie ma, że „money for nothing, chicks for free„.

Podsumowując organizację wydarzenia: konferencja była ciekawa i dość informatywna, choć być może tematyka poszczególnych paneli powinna być bardziej zawężona, bo niekiedy debata zmieniała się w zbiór niezwiązanych z tematem dywagacji i anegdotek. Atmosfera była dość luźna, choć wystarczająco profesjonalna. Na pewno z zainteresowaniem zapoznam się z przyszłorocznym programem Targów Music Lab.

Reklamy

Najlepsze covery „Smells Like Teen Spirit”

Zgodnie z obietnicą, wrzucam na MAriOLę kilka najlepszych coverów kultowego „Smells Like Teen Spirit” Nirvany. Utwór zabrzmiał oficjalnie po raz pierwszy 17 kwietnia 1991 roku, podczas koncertu w OK Hotel w Seattle. Z czasem został okrzyknięty hymnem pokolenia, najlepszym utworem wszech czasów, a nawet utworem, który sprawił, że „alternatywny rock stał się mainstreamem„. Innymi słowy, przedstawiać go nie trzeba, także do rzeczy.

Oryginał wszyscy dobrze znamy, także może wersja akustyczna:

Niedawno pisałam skąd tytuł, ale i tak warto posłuchać opowieści jak to było dokładnie z ust samej ‚muzy’ Cobain’a:

Zacznę może od jednego z pierwszych coverów, który w ogóle został zaprezentowany szerszej publiczności – czyli wersja niesamowitej Tori Amos:

W wersji light jazz – Paul Anka:

W wersji jazz instrumentalnej – The Bad Plus:

Tę wersję już kiedyś prezentowałam, ale ponieważ dalej uważam, że to jeden z najlepszych coverów tego utworu, także wrzucam ją raz jeszcze – Patti Smith:

 I jeszcze dwie naj…hmmm….ciekawsze wersje:

Muppety, i to w wersji na fryzjerski kwartet z Jackiem Blackiem:

oraz The Ukulele Orchestra of Great Britain:

To na dzisiaj tyle. Dobrej nocy. M.

Popularne utwory w alternatywnych wersjach. MAriOLi zestawnie najciekawszych coverów.

Słowo „cover” w języku angielskim oznacza m.in. przeróbkę, wg Wikipedii jest to zaś „nowa aranżacja, interpretacja istniejącego utworu muzycznego odtwarzana przez wykonawcę, który nie jest jego pierwotnym, znanym wykonawcą„.

Dawno temu „cover” mówiło się na utwór, który rywalizował z oryginalną wersją na listach przebojów. The Chicago Tribune w 1952 roku przedstawiło definicję „coveru” jako „w branżowym żargonie określenie na nagranie melodii nagranej już przez inną wytwórnię, która wygląda jak potencjalny hit„. Takie podejście było możliwe, dzięki innym realiom biznesu muzycznego – kompozytorzy utworów rzadko byli jednocześnie ich wykonawcami, także umowy i prawo autorskie wyglądały trochę inaczej. Również ograniczone możliwości w dostępie do nośników muzyki sprawiały, że główną gałęzią ‚muzycznej rozrywki’ były raczej różnego rodzaju występy ‚na żywo’. Nie wiem, czy wszyscy zdają sobie z tego sprawę, ale początki ‚prawdziwego’ biznesu muzycznego to przecież sprzedaż zapisów nutowych znanych i lubianych utworów… Oczywiście w dzisiejszych czasach ‚cover’ ma zupełnie inne znaczenie, i jest traktowany raczej jako trybut dla artysty lub kompozytora danego utworu.

OK, skoro wyjaśniliśmy sobie czym jest cover, to może zastanówmy się czym cover nie jest. Coverem nie jest, gdy ktoś po prostu śpiewa/gra utwór napisany/zagrany przez innego artystę – choć wielu (zazwyczaj pseudo)artystów tak myśli. Gdyby tak było musielibyśmy stwierdzić, że ten miły starszy pan, sąsiad zza ściany, co wieczór pod prysznicem niemiłosiernie ‚coveruje’ Mieczysława Fogga”.  Nie, w takim przypadku mówi po prostu o ‚wykonaniu’ czyjegoś utworu. I o powszechnie nielubianym sąsiedzie.

W tym miejscu dochodzimy do refleksji czym jest DOBRY cover? Według mojej skromnej osoby, dobry cover to wykonanie utworu innego artysty w sposób, który coś dodaje i/lub radykalnie zmienia i/lub uwypukla cechy utworu, na które nie zwróciliśmy wcześniej uwagi – słowem: przedstawia nam coś co znaliśmy w nowej, innej, a czasem nawet lepszej wersji.

Do napisania tego długaśnego wstępu skłonił mnie utwór „Roar” Katy Perry w wykonaniu Wolf Alice:

Widzicie, tak jak uważam Kate Perry za niezłą artystkę pop, tak typowego popu na co dzień nie słucham. Niemniej cover Wolf Alice pozwolił mi na pewno docenić bardziej ‚power’, moc utworu Kate Perry, przez przedstawienie jego bardziej przemawiającej do mnie wersji (czytaj: dużo gitar). Skłoniło mnie to do refleksji nad zasadnością tworzenia coverów, którą jeszcze kilka lat temu kwestionowałam – przecież po co komu nowa wersja, skoro mamy rewelacyjny oryginał? Właśnie po to – aby uwypuklić potencjał utworu i talent twórcy, poprzez wskazanie na pewną uniwersalność melodii czy bitu czy też przesłania.

Oczywiście moje rozważania nie uwzględniły wykonania „Gangnam Style” przez zespół metalowy. Zabrakło mi wyobraźni.

Poniżej moje bardzo subiektywne zestawienie najlepszych/najciekawszych/najdziwniejszych coverów z podziałem na autorskie kategorie:

1. Utwór pop (wy)rafinowany.

Mam wrażenie, że utwory pop w ogóle najłatwiej ‚coverować’ – prosta, wyrazista melodia i mało-skomplikowane wykonanie oryginału daje duże pole do popisu w zakresie nowych, zazwyczaj bardziej skomplikowanych interpretacji.

Oryginał: Beyonce – „Crazy in Love”, cover: Antony and The Johnsons

Oryginał: Britney Spears – „Hit me baby one more time”, cover: Weezer

2. Utwór pop podkręcony.

Piosenki pop niekoniecznie trzeba sublimować, można pozostawić je dalej skoczne i lekkie, tylko zmienić trochę nastrój.

Oryginał: The Bangles – „Walk Like An Egyptian”, cover: The Puppini Sisters

Oryginał: Rihanna – „Umbrella”, cover: The Baseballs

Oryginał: Rihanna – „Don’t Stop The Music”, cover: Jamie Cullum

3. Lżejszy na cięższy

Polecam takie covery na smutne dni.

Oryginał: Carly Rae Jepsen – „Call Me Maybe”, cover: Upon This Dawning

Oryginał: PSY – „Gangam Style” , cover: James Woodward

4. Cięższy na lżejszy

W tej kategorii zdarzają się prawdziwe perełki:

Oryginał: Soundgarden – „Black Hole Sun”, cover: Paul Anka

Oryginał: Black Sabbath – „Iron Man”, cover: The Cardigans

Oryginał: Eminem – „Lose Yourself”, cover: Astrazz

5. I’ll make you mine

Są artyści tak charakterystyczni, że nie muszą wiele zmieniać w utworze, aby stworzyć zupełnie nową wersję:

Oryginał: Beyonce – „Halo”, cover: Florence and The Machine

Oryginał: MGMT – „Kids”, cover: The Kooks

Oryginał: Madonna – „Into The Groove”, cover: Ciccone Youth (taki tam projekcik na boku zespołu Sonic Youth)

6. Arcydzieło na arcydzieło

W tej kategorii jeden nadzwyczajny utwór, dwie genialne wersje – Panie i Panowie: „Hurt”

Oryginał: Nine Inch Nails

Cover: Johnny Cash

To na tyle dzisiaj. Przesyłajcie mi w komentarzach swoje propozycje najlepszych coverów. Tak przy okazji informuję, że za kilka dni oddzielny wpis poświęcony tylko coverom „Smells Like Teen Spirit”. Pozdrawiam. M.

Ps. Oczywiście  w angielskim słowo „cover” może oznaczać również okładkę.