Ach ten irlandzki folk…

Po dość długiej przerwie odzywam się, żeby pogadać o czymś starym i poinformować o nowym. Otóż Clannad. Nie wiem czy jest sens przedstawiać komuś ten zespół dłużej, któż z nas nie zna Clannad (dla mnie osobiście ich pierwszy album nieodmiennie kojarzy się z cudowną muzyką puszczaną mi do snu kiedy miałam zaledwie lat kilka). Na wszelki wypadek jednak, przypomnienia słów kilka –

nazwa Clannad jest skrótem od Clann as Dobhar, co znaczy „rodzina z Dobhar”. W Dobhar właśnie niejaki Leo Brennan prowadził pub, w którym od najmłodszych lat koncertowało kilkoro z jego 9-ciorga dzieci. W krótkim czasie do Maire, Pol’a i Ciaran dołączyli ich wujowie, wnosząc główny tradycyjno-irlandzki akcent. Zespół zaopatrzony w 500 gaelickich piosenek rozpoczął swoją karierę. Sukces osiągnęli szybko, na początku lat 70-tych, kiedy to w ramach wygranej na festiwalu nagrali swój pierwszy album zatytułowany po prostu „Clannad”.

Od tego czasu zespół współpracował z wieloma muzykami światowej sławy (m.in. z Bono), a ich muzyka została wykorzystana jako podkład w wielu słynnych produkcjach (wspomnieć należy zwłaszcza o klasyce – filmie „Ostatni Mohikanin”). W 1999 r. przyznano im nagrodę Grammy za „najlepszy new age album”.

Muzyka Clannad jest najczęściej określana jako połączenie soft-rock’a z irlandzkim folkiem, ale prawda jest taka, że ciężko ją zaszufladkować – jak to się dzieje zawsze, kiedy mamy do czynienia z czymś naprawdę niezwykłym.

Dlaczego wspominam o  Clannad – Moya Brennan (lub Máire Philomena Ní Bhraonáin – Irlandczycy posiadają podwójne nazwiska, w irlandzkiej i angielskiej wersji) przyjeżdża z koncertami do Polski! Moya to ze wszech miar interesująca postać, nazywana pierwszym głosem Irlandzkiego folku, prywatnie siostra Enyi. W Polsce, na przełomie listopada i grudnia odbędą się 4 koncerty pani Brennan, na których wykona zarówno utwory solowe, jak i te z repertuaru Clannad. Więcej informacji tutaj. Polecam gorąco. M.

Tak brzmi Clannad, ladies and gentlemen:

a to Moya Brennan (ta blondyna co śpiewa pierwszą zwrotkę), jako członkini irlandzko-folkowej supergrupy: T with the Maggies:

płyn lugola w ustach pustek

nigdy nie marzylam o bmxie, jadac Wigry 3, bo swoje Wigry 3, jako rower usamodzielniajacy mnie jako rowerzystke, inicjujacy – uwielbialam. zreszta, rozbijac kolana mozna bylo takze na nim-zakupionym w ramach prezentu komunijnego w nieistniejacym juz sklepie rowerowym na ulicy Dlugiej w Gdansku. picia plynu Lugola po wypadkach w Czernobylu nie pamietam, bo mialam rok. a dzialo sie wtedy w polskich przychodniach, oj dzialo…
Pustki buduja obrazki i jest tym obrazkom blisko do moich pamietan tamtych czasow, choc/bo jak wiadomo „pamiec poszarpana jak brzegi czarnobialych zdjec…”. tak po prostu ladnie to powiedziane. sklejanie zdjec wyszlo zespolowi bardzo przekonujaco: i porwalo (nie jak zdjecie, lecz jak cialo), i samo sie nuci przed zasnieciem. jest przyjemnie, o refleksji pozytecznej nie wspominajac.
ciekawi kierunek, w jakim zmierzy zespol tak dobrze stylistycznie skonstruowany; w moich oczach glownie za sprawa wydanego w 2009 znakomitego albumu „Kalambury”. a moze na razie donikad nie ida? albo przynajmniej nie za daleko od tego, co slychac w panujacym nam milosciwie (a w Bialymstoku niedawno deszcz ze sniegiem) pazdzierniku. ha, pewnie chce wywolac wilka z lasu, a on ani mysli ruszyc! otoz, nic o nowej plycie nie slychac a ten utwor promuje koncertowe DVD Pustek, ktore pojawi sie w sprzedazy 29 pazdziernika 2010. sciagnij

przeczulona, probuje wychwycic pretensjonalnosc lub banal w tym kawalku, ale na szczescie nie ma ich tam. slysze same pustki.