Muzyka do oglądania czyli stary, dobry teledysk

Jako że w nowościach muzycznych zapanował swoisty sezon ogórkowy (artyści jeżdżą po letnich festiwalach, promując wydane wcześniej płyty), postanowiłam skupić na chwilę uwagę na kwestii videoklipów. W czasach już chyba nawet nie MTV, ale post-MTV nie wyobrażamy sobie singla bez teledysku. Każdy kto ma kamerę i internet jest w stanie sklecić filmik i wrzucić go na wszechwładnego YouTube’a, w dodatku dorzucając muzykę jakiej tylko dusza zapragnie (ach te biedne prawa autorskie!). Nie wiem jak Wy, ale ja w związku z tym mam czasem wrażenie, że widziałam już chyba wszystko. A jednak…

Postanowiłam zaprezentować na stronach MAriOLi kilka klipów, które ostatnimi czasy zwróciły moją uwagę (i wytłumaczyć się dlaczego). Proszę pamiętać, że videoklip to specjalny gatunek filmowy – jeden z niewielu, w którym obraz tworzony jest pod muzykę, a nie odwrotnie. Ta specyfika sprawia, że przy ocenie teledysków należy kierować się pewnymi szczególnym kryteriami. Moja ocena jest zupełnie amatorska, ale na szczęście „specyfika” bloga pozwala na pełen subiektywizm oraz dużą tolerancję błędu. Dobra, nie tłumaczę się więcej, jedziemy:

Menomena – „Evil Bee”. Genialne połączenie opowieści filmowej i muzyki, jedno bez drugiego chyba nie byłoby w stanie stworzyć takiego efektu. Jeden z lepszych teledysków jakie ostatnio widziałam.

Horse Feathers – „Curs in the Weeds”. Klasyczny. Obrazy współgrają z opowiadaną historią, zespół nieupiększony, sfilmowany podczas gry. Rewelacyjny przykład jak dobre zdjęcia i światło mogą zbudować nastrojowy, acz nie kiczowaty klimat.

Andrew Bird – „Anonanimal”. Film jako ilustracja muzyki. Ciekawy pomysł na zobrazowanie tytułowej gry słów (mix słów anonymous i animal). Plus plastelina. Jako dziecko spędzałam godziny bawiąc się plasteliną, straszny sentyment mam. Że o aspekcie filozoficznej idei plastycznej rzeczywistości nie wspomnę.

Cass McCombs – „The Executioner’s Song”.  Ironiczna gra na różnych poziomach. Spokojna melodia, proste, wzruszające słowa, film o lekkim, słonecznym zabarwieniu, ale… Polecam obejrzeć do końca.

Dwa przykłady samowolki i intuicyjnego łączenia filmów krótkometrażowych z nową muzyką, przez everyman’ów z dostępem do sieci. Dowód na to, że Internet to niekoniecznie samo zło:

Połączenie utworu Nurse With Wound – „The Bottom Feeder” ze  zmixowanymi urywkami z filmów Jiri Barta’y:

oraz utwór zespołu Woven Hand – „Dirty Blue” zilustrowany krotkometrażowym filmem animowanym „The Hangman” (1964), który został z kolei zainspirowany wierszem Maurice’a Ogden’a:

Na koniec The Octopus Project – „Music Is Happiness”. Teledysk zrobiony pewnie za 5 zł, stylizacja taka, że stary Bajm by się nie powstydził, ale mają chomika z laserem w oczach, więc nie mogłam się powstrzymać…

To tyle ode mnie. Ktoś ma jakieś inne propozycje? Pozdrawiam.M.

 

Reklamy

Jak zostać „współ-producentem” muzycznym? Jak wypromować swój zespół?

Dzisiaj chciałam napisać tekst, który, nie oszukujmy się, może zostać potraktowany jako, nawet nie krypto-, ale wręcz bardzo otwarta reklama pewnego portalu. Proszę sobie nie myśleć, że ktoś mi za ten wpis zapłacił lub do czegoś zmuszał – po prostu, uważam całą sprawę za naprawdę pozytywny pomysł. Ale do rzeczy:

portal www.sellaband.com to nowy sposób w jakim początkujący artyści zbierają fundusze na zaistanienie na współczesnej (jakże obszernej) arenie muzycznej. Rzecz jest bardzo prosta – wchodzisz na stronę, rejestrujesz się, i w zależności od tego czy chcesz zespoły wesprzeć, czy sam jesteś twórcą, wybierasz dwie różne ścieżki. W skrócie (bo wszystko i tak jest na stronie): jeśli chcesz wesprzeć wybranego artystę wykupujesz „akcje” (najmniejsza i najpopularniejsza jednostka to 10 $), a profity (w zależności od tego co w zamian za wsparcie proponuje artysta) to np. darmowe płyty, darmowe ściagnięcia, gadżety, pierwszeństwo przy zakupach czy nawet udział w zyskach. Jako artysta –  analogicznie – tworzysz swój profil, opisujesz plan (między innymi czy zbierasz na np. wydanie albumu, czy trasę, czy promocję ogólnie, itd.), piszesz jaki jest twój „target” i czekasz na wsparcie. Oczywiście nie może być różowo, w życiu nie ma nic za darmo, więc Sellaband z góry uprzedza, że pobiera 15% od „targetu” (po osiągnięciu takowego oczywiście), za to artysta zachowuje wszelkie prawa autorskie dla siebie. 

Mnie oczywiscie portal interesuje od strony „wspierania”, i uważam, że jest to rewelacyjny pomysł. Do portalu dołączasz za free, jakiekolwiek składki są opcjonalne,  masz dostęp do „naj-naj-nowszych” muzycznych świeżynek, takich o których jeszcze absolutnie nikt nie słyszał, a przede wszystkim wspierasz młodych artystów! Portal pozwala na filtrowanie artystów (a są ich tysiące) w zależności od gatunku (są wszystkie!), patriotycznie, ekonomicznie (który już najwiecej zebrał, albo który gotowy dzielić się zyskiem) i tak naprawdę jedyny minus portalu to dostępność strony tylko w języku angielskim lub niemieckim. Dowodem na realne korzyści płynące z uczestnictwa w tym biznesie jest Julia Marcell, której płytę udało się wydać właśnie dzięki Sellaband.

Ja w każdym razie już przeglądam zespoły i czekam na pensję. Nie mogę się doczekać tego przyjemnego złudzenia, że mam choć minimalny wpływ na to co się dzieje na rynku muzycznym. Pozdrawiam. M.