The National – HIGH VIOLET!!!

Mój ukochany zespół (ex aequo z Modest Mouse)THE NATIONAL, już 11 maja wydaje nowy (piąty!) album „High Violet”. Recenzji z tego albumu raczej nie będę pisała, jako że (absolutnie stronnicza) już teraz wiem, że będę go kochać bezwarunkowo. Zwłaszcza, że przedsmak już mam, tzn. 10 marca br. zespół udostępnił do darmowego ściągnięcia pierwszy singiel: Bloodbuzz Ohio, i jest on absolutną esencją The-National-ności (czyli wszystkim co rusza mi trzewia w najprzyjemniejszy sposób). Dodatkowo cały album już od kilku dni można za darmo posłuchać na stronie The New York Times‚a!

Przyznam się szczerze, że jeszcze „High Violet” nie przesłuchałam (sic!). Uważam, że do świętości należy podchodzić z odpowiednim nabożeństwem, w intymności pewnej, jak do kochanka lub lepiej wręcz. Za pierwszym słuchaniem chcę być wypoczęta, skupiona i całkowicie sama, aby odpowiednio docenić i nie zbeszcześcić. A takiego momentu w mym zabieganym grafiku jeszcze ostatnio nie miałam. Tak, tak mam pierdla. Obyśmy wszyscy takiego mieli, jak chodzi o dobrą muzykę. Myślę, że świat byłby wtedy ciut lepszy. M.

Reklamy

Wire Train – Chamber of Hellos (made-my-day song)

Piosenka starsza ode mnie, znowu chodzi za mną od tygodnia:

Utwór „Chamber of Hellos”, z pierwszego albumu Wire Train – „In a Chamber”(1984). Bono (tak, ten z U2) stwierdził, że to jego ulubiony album z tamtego roku:

Notka: Wire Train – USA, 1983 – 1992, główni założyciele: Kevin Hunter i Kurt Herr, (najpierw pod nazwą The Renegades), gatunek alternative rock, czasem zajeżdżający pod nową falę, sześć albumów na koncie, ciekawostka: pierwsze próby odbywali w piwnicy kina porno. M.

Band of Horses – nowy album już 18/05/10!

Ja tu się cieszę, że nowy album, a może Państwo w ogóle Band Of Horses nie kojarzą – choć niby całe trzy zdania na wikipedii po polsku o nich znaleźć można, czyli ktoś tutaj o nich słyszał… Zatem króciutko:

Myślę, że ktokolwiek kto siedzi w szeroko rozumianym gatunku indie słyszał singiel The Funeral, niemniej ja ten singiel słyszałam i wcale zachwycona nie byłam. Na szczęście ktoś mnie przymusił, żebym przesłuchała więcej, i po przyzwyczajeniu się do dość wysokiego głosu wokalisty przestać słuchać nie mogłam.

W 2004 roku, w Seattle, Ben Bridwell i Mat Brooke (po rozpadzie zespołu Carissa’s Wierd, w którym obaj grali przez ponad dekadę) postanowili zejść się ponownie i założyli Band Of Horses. Muzyka tworzona przez Bridwell’a i spółkę gatunkowo wpisuje się w indie-rock, Południowy (southern) rock, a niektórzy mówią wręcz: alternative country. Zespół ma już na koncie EP-kę i dwa, naprawdę godne polecenia albumy: „Everything All the Time” (po nagraniu, którego Brooke odszedł i założył Grand Archives) i „Cease to Begin”. Na 18.05. br planowana jest premiera trzeciego albumu, zatytułowanego Infinite Arms, a Panowie właśnie w tej chwili promują go swoim wiosennym tour, jeżdżąc m.in. po Europie, supportując Pearl Jam.

Utwory Band of Horses to swojskie gitary i perkusja, a głos Bridwell’a, choć według mnie ciut za wysoki w tonacji, jest jednocześnie ciepły, no i bardzo charakterystyczny (w tych czasach zlewających się wokali, gdzie słysząc jeden masz w głowie milion porównań i nawiązań). Muzyka na werandę i do ogniska, wprost idealna na zbliżające się ciepłe, pachnące wieczory. M.

Z albumu Everything All the Time:

Singiel promujący drugi album, z przyjemnością donoszę, że raz usłyszałam go w komercyjnym radiu o profilu rockowym – proszę Państwa nadzieja istnieje!