Denis Jones – stare dzieje – w Meskalu (przepraszam współmatko)

tak, odbył się swego czasu koncert tego angielskiego multi-muzyka. takie to słówko mi się utworzyło. jak gra, proszę sobie spojrzeć na YT. bez wątpienia jest to muzyka godna komentarza. imponująca, kiedy porówna się liczbę zaangażowanych osób (1) z tą instrumentów (co najmniej 2, ale ponieważ musi to brzmieć naprawdę imponująco poprzez kontrast, powiem, że było tego więcej niż 2, jednak nie potrafię ich nazwać, ani też sprecyzować liczby). przy instrumentach słów więcej niż kilka, ponieważ tak, jak muzyka była uspakajająca, często monotonna a w porywach: angażująca i poruszająca, to instrumentarium nie nudziło ani przez chwilunię. to za sprawą światełek. kable tworzyły sieć, w której Denis dzielnie przecierał sobie szlaki albo do różowego światełka (moje ulubione), albo do dotykowej planszy a la perkusja (blada taka). oczywiście „albo-wać” mogę niemal bez końca.

sztuka manewrowania kablami i pokrętłami tego kokpitu oraz dobrego kontaktu z publicznością udaje się Denisowi Jonesowi bez dwóch zdań. natomiast jego sztukę muzykowania należy oczywiście nazywać sztuką, jest w niej jednak coś z rozczulających prób wydobycia dźwięków „mega” (z nastawieniem na osobisty kontakt i pewną intymność odbioru w małej skali: małego klubu, małego zespołu, małej publiczności) z możliwości „mini”. i tego słyszalność sprawia, że zaczynam się zastanawiać na sztuką grania jako taką, a także ciutynią śmieszności w takim obrazku człowieka zaplątanego w kable. pretensjonalny na pewno nie był.

nie mówię tego wszystkiego złośliwie. po prostu słyszalne były jakieś ograniczenia tj. zdecydowany brak krwistości i zróżnicowania dźwięków. nie wiem, czy uda mi się tej tezy wybronić. moje ucho jest zdominowane przez gitary i rytm basu oraz perkusji. może jestem zboczona na tzw. wyspiarskie (brytyjskie) dźwięki. wiem jednak, a przede wszystkim słyszę, że nie ilość się liczy, ani wielkość, lecz jakość, atmosfera, przeżycie. hm. jednak jak na moje wyczucie, to tego grania było za mało. zabawa instrumentami była, na pewno była, ale nużące ścieżki tak sprawnie przecież nagrywane i odtwarzane w odpowiedniej sekundzie, ale męcząca jednostajność tempa… tak, to chyba tempo dobiło sprawę odbioru.

ale co tam moje biadolenie po próżnicy. może się jednak komuś spodoba granie Denisa Jonesa, co mnie ucieszy i tak, bo jak ktoś słucha muzyki i muzyczna kultura go kręci, to to zawsze jest warte wsparcia. cieszy po prostu. a Denis się cieszył (potem wódkę chlapiąc w niezłym… tempie!)

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s