SXSW czyli festiwal South by Southwest

Trochę z innej beczki dzisiaj – w moich poszukiwaniach nowych muzycznych przeżyć, surfując po zimnych falach internetu, wielokrotnie napotykam się na wzmianki o festiwalach muzycznych, o których w Polsce mało kto słyszał. Czy fakt, że festiwale te odbywają się w innych krajach, a czasem nawet na innych kontynatach usprawiedliwia naszą niewiedzę? Oczywiście, że tak, niemniej nie możemy pozwolić aby nasza ignorancja nas zubożała – to właśnie na takich festiwalach wyławiane są nowe gwiazdy, o których wieści docierają do nas z dużym opóźnieniem, albo wcale. I nagle zakochujesz się w jakieś nowej muzyce, chcesz, żeby towarzyszyła ci w każdej minucie, a tu odkrycie – cały świat wiedział/słyszał już od 2 lat! Straciłeś 2 lata z życia bez tej muzyki!!!

Dobra wprowadziłam trochę dramatyzmu, ja wiem, nie przesadzajmy, niemniej nawet jeśli nie mamy okazji wybrać się na taki festiwal, na pewno dobrze od czasu do czasu spojrzeć na repertuar i sprawdzić artystów „odkrywanych” w innych miejscach globu – osobiście polecam, wysoce inspirujące

Dzisiaj słów kilka o festiwalu SXSW, odbywającym się w Austin (Texas, USA) już od 1987 r. W zasadzie są to trzy festiwale naraz: muzyczny, filmowy i „mediów interaktywnych”, odbywające się raczej niezależnie,  wczesną wiosną (w tym roku festiwal muzyczny: 17-21 marca). Ja wiem, że Stany to daleko i drogo, ale jeżeli kiedyś będziecie mieli okazje weźcie pod uwagę, że jest to jeden z największych festiwali muzycznych w USA – w 2007, w ciągu 4 dni zagrało tam ponad 1400 wykonawców! Oznacza to, że grają tam (lub kiedyś grali) wszyscy znani i jeszcze więcej nieznanych (których warto poznać). Również przekrój gatunków muzycznych (wszystkie? czy to mozliwe?) prezentowanych na tym „evencie” na pewno pozwoli każdemu znaleźć coś dla siebie.

W tym roku z polskich zespołów zaproszone zostały (do tej pory) Pustki i Julia Marcell. M.

Reklamy

The Raveonettes – z okazji albumu „In and Out of Control”

Z okazji, ponieważ „najnowszy” album zespołu The Raveonettes został wydany ‚dawno temu’ – 6 października 2009 –  jednakże w całości miałam przyjemność wysłuchać go dopiero kilka dni temu. A że duet The Raveonettes znam, słucham, lubię już od zamierzchłych czasów liceum (stąd pewien brak obiektywizmu, ale nie o niego wszakże chodzi jak się człowiek na blogu uzewnętrznia) szybciutko korzystam, aby o zespole tym szerzej opowiedzieć/przypomnieć.

The Raveonettes to w zasadzie (bez osób dochodzących) duński duet (2001 – oby jak najdłużej), w którego skład wchodzą pan Sune Rose Wagner i pani Sharin Foo. Ich muzyka klasyfikowana jest jako alternative rock, indie rock, shoe gaze, noise pop, surf rock, garage rock… – a wiadomo, że jak ktoś dostaje tyle łatek gatunkowych, to nikt tak do końca nie wie gdzie taką muzykę wpasować. Najlepiej w tym wypadku opisuje swoją muzykę sam zespół: „naszą muzykę charkteryzuje harmonia dwu-głosowego wokalu (zainspirowana przez The Everly Brothers), połączonego z ostrym brzmieniem elektrycznych gitar oraz nałożoną na to sporą dawką hałasu. Nasze utwory to zestawienie strukturalnej i akordowej prostoty rocka lat 50-tych i 60-tych z intensywną elektryczną instrumentacją. Dodatkowo beat’y i (często) mroczne teksty inspirowane są twórczością The Velvet Underground„. Może to ciut obszerny opis, ale chyba najlepiej oddaje muzyczny charakter The Raveonettes (na marginesie nazwa pochodzi od zespołu The Ronettes i tytułu utworu Buddy Holly-ego „Rave On”).

Ich czwarty album „In and Out of Control” przez wszystkie źródła, z których my maluczcy czerpiemy nasze sprzedawane dalej opinie, uznany został za „zachowujący poziom”, „nie marnujący nadzieji pokładanej w zespole”, itp… Co do listy hiciorów na owym albumie, również wszyscy się zgadzają, więc ja już nie będę się powtarzać. Jedyne co mnie zdziwiło we wszystkich podsumowaniach na temat Duńczyków, to zarzuty w stosunku do albumu z 2005  – „Pretty in Black” – że popowy, że w stronę chwilowej mody zboczyli… No proszę Państwa, jak to, to muzyka trochę bardziej melodyjna i już z chłamem do czynienia mamy, populizmem, i w ogóle alter-głębi się wykrzeli!? Bez przesadyzmu. Osobiście „Love in a Trashcan” uwielbiam, i jakoś się głupsza przez to nie czuję, ale oczywiście co kto woli… No, troszkę się rozpisałam, ale o starych miłościach wypada. M.

„Gone Forever” – kawełek z nowego albumu, przez wszystkich (łącznie ze skromną moi) uznany za najlepszy:

Oraz powalający teledyskiem i tekstem, ironicznie słodki utwór pt. „Boys Who Rape” (Chłopcy Którzy Gwałcą):

No i moje dwa ukochane utwory, „Love in a Trashcan” i „Beat City”:

Koncert Epic45 – Klub Pod Minogą, Poznań – recenzja

Najpierw słów kilka o supporcie, czyli zespole We Call It a Sound. Chłopcy to zaledwie, brak jeszcze drygu i pewności scenicznej widać, ale na pewno jest co posłuchać. Widząc ich na scenie miałam wrażenie, że jeszcze nie do końca są pewni jaki efekt chcą osiągnąć, zarówno jeżeli chodzi o tworzoną muzykę, jak i odbiór ze strony suchaczy. Niemniej śledzić karierę będę, bo jak może im się uda, w końcu, znaleźć ten ich „Sound” to jeszcze się czegoś dużego doczekamy.

Epic45. O Panach już pisałam, reaserch zrobiłam, myślałam, że wiem czego idę posłuchać. G… wiedziałam! Epic45 w wersji live to zupełnie inny zespół, piosenki wykonywane z tzw. czadem bardziej indie rock przypominają niż ambient, i w ogóle jest to zupełnie inna muzyka. Nawet nie mogę powiedzieć czy lepsza czy gorsza, po prostu inna. Powiedziałabym, że koncert był rewelacyjny, gdyby nie ^$^%#!$#%&*! publiczność. No proszę państwa, żebym ja na głośnym koncercie, w niewielkiej sali musiała przesiadać się bliżej sceny, bo jacyś ludzie mi się nad głową przekrzykiwali?! I to jeszcze w Minodze, gdzie parter jest otwarty normalnie dla bywalców, a na koncert trzeba wejść na górę i jeszcze za bilet zapłacić! Ja rozumiem, że to nie opera symfoniczna, ale no przecież to szlag człowieka może trafić! Zresztą widać było, że chłopaki sobie wzięły do serca brak zainteresowania i rachityczne oklaski. Zaczęli z wykopem, ale potem widać było zniechęcenie, i dopiero ostatnie utwory znowu były w stanie człowieka porwać. Aż żal.

Miałam również przyjemność chwilę pogadać z zespołem (aczkolwiek niestety nie udało mi się dosłyszeć imion dodatkowych członków live-bandu) i zapytać ich skąd nazwa Epic45. Dostałam odpowiedź, że to skomplikowana sprawa, i ma to związek z końcem drugiej Wojny Światowej, z błogimi dniami które nastąpiły po jej zakończeniu, z powrotem do normalności. Stwierdziłam, że przecież cała ludzkość uznała, że po zakończeniu tej wojny już nic nie będzie „normalne”. Odparli, że to ciężko wytłumaczyć, a poza tym mieli 16 lat jak wymyślali tę nazwę. Na kolejne pytanie czy wolą tworzyć muzykę, jak to zawsze podkreślają „intymnie” w domu czy dawać show na żywo, zgodnie stwierdzili, że choć koncerty na żywo dostarczają im dużo frajdy to właśnie proces tworzenia muzyki, ich współpraca, jest dla nich najważniejsza. Na koniec dodali, że chociaż publiczność ich zawiodła, Poznań jako miasto zrobił na nich duże wrażenie.

Podsumowując – nie dość, że na żywo chłopaki brzmią naprawdę dobrze, to dodatkowo są to przemili ludzie. Jeżeli kiedykolwiek będę miała okazję, to z przyjemnością wybiorę się na ich koncert jeszcze raz. A, no i żadnego dyktafonu nie miałam, także „wypowiedzi” jakie dali mi Ben Holton i Rob Glover są absolutnie nieautoryzowane. M.