Sypialniany pop Jay Som

Jeszcze do niedawna, kiedy ktoś pisał i nagrywał piosenki w sypialni do szuflady, w większości przypadków w tej szufladzie zostawały, ewentualnie poznawało je niewielkie grono znajomych. Dzisiaj, dzięki technologi cyfrowej i Internetowi, nie tylko takie nagrania mogą z łatwością trafić w kilka minut na drugi koniec świata, ale również domowe studio wcale nie oznacza nagrania w złej jakości.

Historia Meliny Duterte, lepiej znanej jako Jay Som, to już standard muzycznego self-made sukcesu ostatnich lat; artystka najpierw wrzuciła kilka utworów demo na swój profil na Bandcamp’ie, a kiedy zyskała uznanie wśród społeczności internetowej, odezwały się do niej wytwórnie płytowe z propozycją wydania ich w dopieszczonej i profesjonalnej wersji, która ostatecznie zaistniała jako album Turn Into.

Ja w sieci zupełnie przypadkiem trafiłam na najnowszy, drugi album Jay, zatytułowany Everybody Works i muszę przyznać, że nie od początku potraktowałam go z należytym szacunkiem. Ot, kolejny dream pop nagrany w sypialni, świetna „muzyka w tle” przy pracy czy do tramwaju. Dopiero z czasem dotarły do mnie ciekawe niuanse tego albumu, jego dopracowanie i spora różnorodność utworów, przy jednoczesnej spójności całego wydawnictwa. Znajdziemy na nim i folk, i trochę cięższych, shoegaze-owych gitar, i trochę funku – innymi słowy, dla każdego coś miłego, w dodatku o poziomie złożoności, który sprawia że bardzo trudno uwierzyć, że mamy do czynienia z solowym projektem.

Album jest w całości dostępny do posłuchania online – kilka razy, potem Bandcamp prosi, żeby otworzyć serce i portfel. Sama tak zrobiłam i polecam bardzo, bo Everybody Works to jedna z tych płyt, która zyskuje z każdym kolejnym przesłuchaniem. M.

O muzycznej telepatii i etiopskim jazzie, czyli Mulatu Astatke na festiwalu Inne Brzmienia

Znacie to uczucie, kiedy świat popycha Was w jakimś kierunku, tak długo, aż nie zauważycie czegoś ważnego tuż przed Waszym nosem? Na przykład kiedy z trzech różnych źródeł w ciągu tygodnia słyszycie o miejscu na Ziemi, o którym wcześniej nie mieliście pojęcia, a nagle wszystko wygląda na to, że spędzicie tam najbliższe chwile. Albo kiedy w kilku artykułach o różnej tematyce pada nazwisko autora książki wydanej 100 lat temu i już wiecie, że będziecie musieli ja przeczytać. Albo kiedy nagle i w filmie, i na playliście ulubionego artysty słyszycie po raz pierwszy muzykę, która już nie daje Wam spokoju, którą słuchacie na „repeat” przez miesiąc, po czym nagle dowiadujecie, że autor muzyki przyjeżdża na festiwal, na który już macie wykupioną miejscówkę? Mnie takie rzeczy zdarzają się zadziwiająco często…

Przyznam się bez bicia, że jazzu dopiero się uczę. Lubię, nawet niekiedy uwielbiam, ale mam wrażenie, że to rodzaj muzyki, który najwięcej frajdy sprawia grającemu. Słuchacz musi się w nią wgryźć, nadążyć, czasem włożyć spory wysiłek, żeby zrozumieć co autor miał na myśli. Albo czego nie miał, bo po prostu grał, w dupie mając kompozycję czy melodię, bo chodziło o rytm, o trans, o radość z puszczania melodii w eter.

Z kolei z muzyką tzw. world, czyli etniczną problem jest inny – czasem po prostu ciężko się odnieść do czegoś, co jest całkowicie różne od naszego dotychczasowego doświadczenia.

I oto słyszę totalny miks, praktycznie oddzielny gatunek, która miesza jazz i etiopskie rytmy, gatunek stworzony przez jednego człowieka – i już wiem, że wpadłam. Płyta Mulatutu Astatke „New York – Addis – London: The Story of Ethio Jazz 1965-1975” robi za mój życiowy soundtrack od 2 miesięcy i dzisiaj słyszę co? Mulatu Astatke przyjeżdża na Festiwal Wschód Kultury –  Inne Brzmienia. Będę mogła usłyszeć go na żywo. Aha i czy wspominałam, że festiwal jest za darmo?

A u Was jak? Wiosna też w końcu przyszła? M.

Graffiti Island

Graffiti Island to jeden z tych efemerycznych, garażowych zespołów, które zniknęły tak szybko jak się pojawiły, zostawiając po sobie kilka singli, jedną EPkę i wielki niedosyt. W latach 2008-2010 trójka przyjaciół ze wschodniego Londynu – gitarzysta Conan Roberts, perkusistka Cherise Payne i frontman Pete Dee – udowodniła światu, że można nagrać coś takiego jak noisowy, no-fi pop.

Hi-fi to skrót od high fidelity oznaczający nagranie o wysokiej wierności oryginałowi. Analogicznie lo-fi to low fidelity, czyli niska wierność, oznacza muzykę nagraną celowo w niskiej jakości, najczęściej w celu uzyskania „brudnego” dźwięku, a czasem po prostu z braku kasy na nagranie. No-fi to żadna wierność, totalny nihilizm, typ nagrania balansujący na granicy „czy to w ogóle powinno nazywać się muzyką?”. To powrót do prawdziwie punkowej zasady zrób-to-sam.

Muzyka Graffiti Island to jedyne w swoim rodzaju, krótkie, melodyjne, brudne utwory, stylistyką przypominające muzykę The Stooges czy Beat Happening. A zresztą co ja Wam będę opowiadać, posłuchajcie sami. M.

Graffiti Island – Mountain Man

Graffiti Island – Head Hunters

Graffiti Island – Demonic Cat

Graffiti Island – Perverse Savage