MMDS: Led Zeppelin – What Is And What Should Never Be

Może ktoś inny napisałby „stare, ale jare”, ale dla mnie Led Zeppelin to dotychczasowy szczyt muzycznych możliwości ludzkości, pół-bogowie, i w ogóle obowiązujący kanon i miarka dla wszystkiego co wcześniej i wszystkiego co później. Lubię i uwielbiam miriady twórców, ale umówmy się: najpierw są Led Zeppelin, a potem długo, dłuuugo nic. Wiem, wiem, zaraz usłyszę, że Queen, że Pink Floyd, że The Beatles…. Ale powiedzmy sobie szczerze, w Queen chodzi o Freddiego i jego niesamowity głos, z kolei jak chodzi Pink Floyd to warstwa muzyczna wysuwa się na zdecydowane prowadzenie, a The Beatles to absolutni mistrzowie utworów prostych w kompozycji. I oczywiście, o gustach się nie dyskutuje, ale ja wiem swoje – to Led Zeppelin mają WSZYSTKO: wokal, melodię, rytm, teksty, koncept, eklektyzm, oryginalność, a przede wszystkim niesamowitą aktualność i świeżość, a przecież mowa o dziełach, którym idzie na piąty krzyżyk!

No dobra, pardon, poniosło mnie… Jak zwykle, gdy mówię o zeppelinach. Jeszcze nic na to nie poradziłam, i pewnie nie poradzę, zwłaszcza że mój ekran komputera wygląda tak:

tumblr_m59t5wsf9j1r2t8oyo1_500Ale ja tu się niepotrzebnie gorączkuję, a miała być piosenka tygodnia. Ukazał się nowy, uaktualniony album Led ZeppelinThe Complete BBC Sessions. Na płycie znalazło się osiem zaktualizowanych i zremasterowanych, wcześniej niepublikowanych nagrań z sesji dla BBC, w tym trzy piosenki z sesji z 1969 roku, które rzekomo „zaginęły”, i niedawno cudownie się odnalazły. Jednym z takich odświeżonych utworów jest właśnie What Is And What Should Never Be, również z nową, odjechaną oprawą wizualną. No powiedzcie sami, czy ta muzyka się starzeje? M.

Led Zeppelin – What Is And What Should Never Be

MMDS: The Halo Benders – Don’t touch my bikini

Jestem jedną z tych osób, dla których jesień to energetyzująca pora. Nie wiem, może to jakiś atawistyczny odruch, wykształcony przez lata wrześniowo/październikowych początków nauki. A może powód jest bardziej brutalny, i jak tłumaczy jeden z bohaterów genialnej książki Judy Zeh, o mylącym tytule Instynkt gry; „Jesień i zima były najlepszymi porami roku. Kiedy przyroda umiera człowiek może czuć się żywy” . Tak czy siak, o tej porze roku zawsze mam ochotę na muzykę trochę bardziej brudną, trochę bardziej zgrzytliwą. A do tego najlepiej z lat 90-tych, dla mnie osobiście sentymentalnych, kiedy to człowiek wchodził w zbuntowany wiek młodzieńczy i z dnia na dzień rzucał Fasolki i Spice Girls na rzecz Hey i Nirvany (no dobra, nikt nigdy nie rzuca do końca Spice Girls, bądźmy realistami).

No w każdym razie dzisiaj chodzi za mną The Halo Benders, czyli „poboczny” projekt Calvina Johnsona z zespołu Beat Happening i Douga Martscha z Built to Spill. Koncept muzyczny „zginaczy aureoli” oparty jest na dwóch wokalach, które w zasadzie stanowią swoje przeciwieństwo – wręcz brzmi to jakby baryton Johnsona i wysoki głos Martscha śpiewały dwa różne utwory. To wszystko okraszone, jak na tamte czasy przystało, dużą ilością gitarowych brzmień i pobrzmień, z przewrotnymi tekstami o kondycji współczesnego świata. The Halo Benders nagrali trzy albumy w latach 90-tych, i od czego czasu do czasu grają razem przy różnych okazjach. Dzisiaj wybrałam dla Wam utwór „Don’t Touch My Bikini” z ich pierwszego albumu God Don’t Make No Junk, w którym dwugłos wokalistów został zmyślnie wykorzystany do zbudowania rytmu. M.

 The Halo Benders – Don’t Touch My Bikini